wtorek, 5 marca 2013

5. Niespodziewana wizyta.


Osobą otwierającą namiot wcale nie był jego właściciel. Był to Dominik. Wszedł powoli i ostrożnie. Rozglądał się uważnie. Starał się zarejestrować i wyłapać jak najwięcej szczegółów. Bał się. I to bardzo. W końcu on, wampir, wkraczał do miejsca noclegu swojego śmiertelnego wroga. To było całkiem zwyczajnie. Łowca Wampirów potrafił posiadać takie przedmioty, które mogły go zabić, a w najlepszym wypadku obezwładnić. Sprawdził dokładnie teren. 3 razy. Wszedł do namiotu. Przez moskitierę, zauważył śpiącą postać. Początkowo myślał, że śpiącą osobą był Zewuriel. Pod tym imieniem znany był Damian wśród wampirów i ich łowców.
-Jakie to będzie proste – pomyślał. Jednak pomylił się. To nie był Łowca. Przyjrzał się uważniej. To była dziewczyna.  – Do diabła, co u niego robi Karolina?
Chciał się z niej napić. Ale przecież ona „należała” do Mika. Dominik postanowił rozejrzeć również po komorze do spania. Złapał za suwak i… Zawył. Nieludzko. Bo suwak był ze srebra. Czystego srebra. A metal, było wyjątkowo szkodliwy dla nich, dla wampirów. Oparzył go. Rana bolała. A co gorsza, zostawiła po sobie ślad. Dominik szybko wycofał się z namiotu, zasuwając go dokładnie. Musiał to jakoś opatrzyć, w sposób znany tylko jego pobratymcom. Musiał się w końcu ukrywać przed wzrokiem Łowców. Dla jego własnego bezpieczeństwa. I bezpieczeństwa jego rasy. Gdy wchodził do swojego namiotu, zauważył powracającego Damiana.
Młodzieniec o nazwisku Auditore porozmawiał chwilę z ich opiekunem, po czym udał się do swojego namiotu, aby poprzyglądać się swojej Słodkiej Przyjaciółce, jak zwykł już ją sobie w myślach nazywać. Wkroczył do namiotu…
                                                              *                             *                             *

… I usiadłem na ziemi, w przedsionku. Podoba mi się w niej wszystko. Włosy, tak miękkie, te oczy takie  urocze, ta skóra taka blada i delikatna oraz te rumieńce, które podkreślały jej urodę. Uwielbiam jej sylwetkę, tą smukła talie, te kobiece uda i… Te jej piersi, nie za duże i nie za małe. Wszystko w niej jest dla mnie idealne. Zasunąłem ostrożnie namiot, aby jej przypadkiem nie obudzić. Gdy chciałem otworzyć komorę do spania spostrzegłem odrobinkę przypalonego naskórka. Wampir. Musiał tu być. Szybko podpełzłem do niej. Była cała. Nigdzie nie znalazłem żadnego ugryzienia, a na powierzchni jej umysłu nie było śladu żadnego uroku. Na szczęście. Zdjąłem buty i usiadłem do medytacji tuż obok niej. Jej mleczno-brzoskwiniowy zapach pomagał myśleć. A musiałem się dowiedzieć, kto jest wampirem. Miałem dwóch podejrzanych. Ale wątpię żeby oni obaj byli wampirami. Mike, czy Dominik. Na pewno dziś dam radę sprawdzić tylko jednego. Tylko jak? Musze chronić tych ludzi. A zwłaszcza ją. Jest dla mnie droga, mimo że o tym nie wie. Wtedy uświadomiłem sobie, że ją kocham. I wiedziałem, że za nią jestem w stanie oddać życie. Rozmyślanie o niej zajęło mi ponad godzinę. Nie długo potem dostałem olśnienia. Już wiem, jak to zrobię. Mój płaszcz przecież jest nabity srebrem. Wystarczy poprosić wieczorem któregoś z nich żeby go złapał. A gdy będę wieczorem towarzyszyć Karolci, to może na wszelki wypadek wezmę kosho-sha. Bezpieczeństwa w końcu nigdy za wiele. Muszę być jej aniołem stróżem. A wampir nie może dożyć dnia jutrzejszego.

                                                        *                    *                             *
                Zamrugałam szybko by pozbyć się zaspania i odrętwienia. Kątem oka zauważyłam siedzącego blisko mnie Damiana. Jego oczy patrzyły na mnie czujnie, a więc wie, że już wstałam. Ziewając szeroko przeciągnęłam się mocno i odrzuciłam trzymany w dłoni kawałek materiału.
-Jezu. Usnęłam? Przepraszam. – natychmiastowo oblałam się rumieńcem.
-Nic się nie stało. Dobrze, że spałaś przynajmniej noga nie boli. – uśmiechnął się do mnie czarująco.- Dobrze spałaś? Nic cię nie obudziło?
-Spałam bardzo dobrze, ale mam nadzieje, że nie za długo.
-Spokojnie, na kolacje zdążysz no i mam nadzieje, że na spacer z Mike także. – zaśmiał się.
- Nawet za bardzo nie chce  mi się tam iść. A  już mu obiecałam. – westchnęłam przeczesując włosy dłonią.- Noga mnie jeszcze trochę boli.
-Zawsze możecie gdzieś usiąść. Daj, założę ci buty. –szepnął cicho. Siedziałam przyglądając się z jaką delikatnością mi je wiąże i nagle wypaliłam.
-Masz dziewczynę?- aby te słowa padły moje policzki nabrały barwę dwóch dojrzałych pomidorów.-Oczywiście nie chciałabym być wścibska.
-Nie mam dziewczyny. Do tej pory płeć przeciwna nie interesowała mnie zupełnie. – powiedział cicho unikając mojego wzroku. – O proszę! I już ładnie zawiązane. Może cię lepiej jeszcze tam zaniosę?
-Nie przesadzajmy. Nie ucięło mi nogi. Jest tylko zraniona. – odpowiedziałam, choć serce z całej siły podpowiadało bym zgodziła się na zaniesienie. Propozycja przytulenia się do tej piersi była bezcenna.
-Oczywiście, ale jeśli będziemy szli, a noga zaboli powiedz. Zrozumiała pani? –uśmiechnął się szczerząc białe i równe zęby.
-Tak jest kapitanie!- zasalutowałam ze śmiechem wychodząc z namiotu. – Co jeszcze szeregowy ma wykonać?
-Umyć liście drzew i zamieść plaże. Raz, dwa, ma lśnić zrozumiano? – śmiał się razem ze mną tak mocno, że obydwoje mieliśmy przymknięte oczy.
-Plaża czy liście kapitanie?
-Szeregowy, czyście oszaleli? Talerz ma lśnić, idziemy przecież na kolacje. – powoli uspokajaliśmy się idąc obok siebie ramie w ramie.
-Jeśli nie będzie lśnił zrobię dziewięćset okrążeń pola namiotowego kapitanie. – uśmiechnęłam się jeszcze w jego stronę.
-Nie trzeba, nie trzeba. Ważne, żebyś się najadła bo noga musi mieć siłę się goić. Siadasz chyba ze swoją ekipą? – spytał otwierając mi drzwi stołówki.
-Przecież możesz siąść tam ze mną.
-Wątpię bym był tam mile widziany Karolciu. –zarumieniłam się słysząc zdrobnienie z jego ust. –No cóż, miłej randki życzę i smacznego.
-To nie jest randka! – krzyknęłam za nim jednak chłopak był już za daleko by cokolwiek usłyszeć. Odwróciłam się więc i z westchnieniem podeszłam do stołu ukrytego za jednym z większych filarów stołówki. Przy stole siedzieli już Dominik, Adrian, Mike i Dominika. Dziewczyna miała dziwnie mętny wzrok jednak wtedy nie zwróciłam na to uwagi.
-Cześć ludzie. Mam nadzieje, że dziś na kolacje coś dobrego, a nie jakieś popłuczyny?
-Co tam u pana połowicznie perfekcyjnego? – spytał zgryźliwie Mike, śmiejąc się z określenia z resztą ekipy.
-Daj spokój! Dogryzasz mu tylko dlatego, że poszłam z nim na spacer? – oburzyłam się.
-W namiocie u niego sobie drzemkę też ucięłaś. Więc może to nie był tylko taki spacer? – wtrącił się Dominik.
-Ludzie. Spokój. Czy ja jestem jakąś zabawką latającą miedzy rękami przedszkolaków? Zraniłam się w nogę na spacerze to i potem usnęłam. Zresztą… Dominik, skąd o tym wiesz?
-Nie musisz wszystkiego wiedzieć laluniu. – mruknął.
-Nie podoba mi się takie określenie jasne? – warknęłam i już miałam odwrócić się by odejść gdy Mike złapał mnie mocno za nadgarstek.
-Karola. Proszę. Nie wydurniaj się. Po prostu się troszkę zdenerwowaliśmy bo facet jest nowy i od razu nam porywa taką fajną dziewczynę. – uśmiechnął się do mnie uroczo. Westchnęłam więc i usiadłam.
-Czyli po kolacji spacer? – spytałam uśmiechając się delikatnie.
-Z wielką chęcią mademoiselle. – dalsza część kolacji minęła nam na spokojnym jedzeniu przerywanym tylko wzajemnymi docinkami chłopaków. Ja i Paulina siedziałyśmy cicho obydwie pogrążone w swoich myślach.
-Dominik? –odezwałam się.
-Czego?
-Co ci się stało w palce?- wskazałam widelcem w stronę jego prawej dłoni. Kciuk oraz palec wskazujący były zabandażowane, ale spod bandaża przeciekała lekko jakaś dziwna maź.
-Poparzyłem się, ale ty nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. –warknął.
-Jak tam chcesz. – odwróciłam się na piecie by zanieść swój talerz do kuchni. Po drodze minęłam stolik opiekunów wśród, których siedział Damian. Wymieniliśmy uśmiechy, lecz poszłam dalej. Wracając rozglądałam się dookoła w poszukiwaniu jego umięśnionej sylwetki, lecz widocznie chłopak już wyszedł. Mike także nie było już przy stoliku, skierowałam się więc do drzwi stołówki, a wychodząc ostatnim ruchem ręki poprawiłam włosy. Blondyn czekał samotnie na ławce nieopodal wejścia do lasu.
-Ciemno już. – westchnęłam.
-Boisz się? Spokojnie. Teraz nic ci nie grozi. – wyszczerzył zęby spoglądając na mnie spod opadających mu na czoło włosów.
-No cóż. To tylko głupi las.- uśmiechnęłam się i pociągnęłam chłopaka za koszulkę by wejść wreszcie do lasu. Chciałam najszybciej jak tylko będzie się dało zakończyć to spotkanie. O ile lepiej czułam się w towarzystwie Damiana.
-Naprawdę nie boisz się tu tak iść?
-Nie rozumiem czemu tak ciągle mnie o to wypytujesz. Ten las nie jest przecież niebezpieczny.- odpowiedziałam lekko zdenerwowana.
-Bo wiesz… ja bym powiedział, że ze mną ten las jest niesamowicie niebezpieczny…- szepnął i przyciągnął mnie mocno do siebie łapiąc za ramie. Nie zdążyłam wyhamować rozpędu i wpadłam prosto w jego ramiona.
-Auu! Jezu, Mike?! Co ty do cholery robisz!- krzyknęłam próbując wyrwać się z mocnego uścisku.  W końcu zrezygnowana kopnęłam blondyna między nogi i szybko odwróciłam się. Tam niestety wpadłam w ramiona Dominika.
-Szybko Mike! Musimy zdążyć przed Łowcą! – szepnął Dominik i mocno łapiąc mnie w pasie przerzucił mnie sobie przez ramie i pobiegł między drzewami. Krzyczałam, i biłam w jego plecy jednak zmuszona byłam przestać gdy Mike wepchnął mi do ust jakiś kawałek materiału. Zwisałam z ramienia Dominika jak szmaciana lalka pewna, że nie wyjdę z całej tej sytuacji bez szwanku. Przymknęłam oczy i zrezygnowana poddałam się całkowicie. Po paru, może parunastu minutach obydwaj zatrzymali się a ja zostałam rzucona na podłogę jakiegoś zniszczonego domku w środku lasu. Wyrwałam sobie z ust knebel i krzyknęłam:
-Co wy do cholery ode mnie chcecie!? Zrobiłam wam coś?
-Ależ ty nic. –zaśmiał się Mike. – Tylko pachniesz tak smakowicie. No i jesteś własnością Łowcy.
-Nie jestem niczyją własnością zostaw mnie! – blondyn jednak nie zwracając na mnie uwagi związał moje dłonie za plecami i zbliżył swoja twarz do mojej.
-Łowca, dał ci swój amulet. To wystarczy. Teraz jednak żaden badziewny wisiorek ci nie pomoże. – po tych słowach zerwał z mojej szyi wisiorek, który dostałam od Damiana.
-O czym wy mówicie?- z moich oczu pociekły pojedyncze łzy. Tak bardzo się bałam.
-Nie płacz głupia! I tak zaraz cię zabijemy! A Łowca będzie tylko mógł przyjść i sobie popłakać nad twoimi zwłokami. Auditore pożałuje tego co mi zrobił. – skuliłam się trzęsąc. W co ja się wpakowałam?
-Proszę. Mike, Dominik. Wypuście mnie. Błagam. Dostaniecie co chcecie! Błagam.- łkałam patrząc im w oczy, które nagle zrobiły się przerażająco czerwone. – Kim wy jesteście? Czym wy jesteście?
-Zamknij się do cholery! – warknął mi Mike wprost do ucha. Trzęsłam się jak galareta, lecz nawet to nie spowodowało, braku czucia. Ból rozchodził się od  mojej szyi, aż do serca. Miałam siłę jeszcze tylko cichutko krzyknąć z bólu gdy moje ciało pochłonęła przerażająca ciemność.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz