poniedziałek, 25 lutego 2013

4. Namiot


-Proszę Cię, nie patrz co robię. Skup się na czym innym – zaproponowałem, podając jej wisiorek ze srebra i dwóch kłów wyższego wampira, o czym dowiedzieć się nie mogła oczywiście – na przykład to. Będzie twój, jeśli będziesz grzeczna.
-Co to za zęby? –zaciekawiła się wyraźnie – Ładny jest.
-Rekina, no już cichutko. Bądź grzeczna i dzielna – uspokajałem ją jak tylko mogłem.
-Yhym – przytaknęła.
Zabrałem się do pracy.



*                             *                             *



Dokładnie umyłem rozcięcie, delikatnie usunąłem drobne kamyki i piasek. Zdezynfekowałem. Podczas tych czynności nawet delikatnie nie zająknęła. Naprawdę była dzielna. Naprawdę widać, że była bardzo wyjątkową dziewczyną. Początkowo byłem pewny, że nie rozstanę się z moim amuletem. Ale jak wszystko wskazywało, będzie inaczej. No cóż… Przynajmniej na niego zasłużyła. Obejrzałem dokładnie całą ranę. Trzeba było założyć szwy. Trzy szwy.
-Jesteś bardzo dzielna – Zapewniłem ją, dezynfekując  miejsce do wbicia igły. Nie wiedziałem dlaczego, ale gdy mówiłem do Karoli umiałem mówić tylko ciepłym tonem głosu. Za nic w świecie nie umiałem użyć tego mojego codziennego, chłodnego głosu- To teraz czekają cię dwa ukucia.
-Dwa? – chyba w jej głosie usłyszałem cień lęku – Co chcesz mi podać?
-Lek przeciw tężcowy. I przeciw bólowy – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Boisz się igieł?
-Nie, ale boje się… -zawahała się. – Tylko się nie śmiej, proszę cię. Boję się krwi.
-Co w tym śmiesznego? Każdy się czegoś boi – zdecydowałem się na szczerą odpowiedź. – Ja na przykład boje się bardzo ciasnych pomieszczeń.
W tym momencie igła przebiła skórę trafiając bezbłędnie w żyłę, podając środek przeciwbólowy. Nic nie zdradziło nawet odrobiny bólu. Zatem bez zbędnych komentarzy zrobiłem i drugi zastrzyk, w okolice rany. Ten był od tężca.
-No to co, łatamy? –zapytałem się wesoło, chcąc przekazać jej odrobinę dobrego humoru. – Spokojnie, wieczorem będziesz w stanie iść na spacer z Mike’iem.
-Dziękuje, bardzo dziękuję. Nikt dla mnie tyle nie zrobił. A Ty zrobiłeś. Choć nie musiałeś.
-Wiesz, robię tutaj za takiego medyka. – pochwaliłem się, zakładając szwy. - Mam na to papiery. Więc po części też musiałem. Uśmiechnąłem się do niej. Najładniej jak umiałem. Następnie założyłem opatrunek osłonowy.
-Mogłabym tu u ciebie troszkę zostać? – zapytała mnie - W tamtym namiocie jest ciasno. Odpoczęłabym tu sobie.
-Oczywiście. Czuj się jak u siebie. Może ci coś przynieść? – zaproponowałem. – Coś do jedzenia, lub picia, mm?
Nie odpowiedziała. Mimo to postanowiłem skoczyć po jakąś przekąskę i coś do picia do pobliskiego sklepu. Kupiłem mleczną czekoladę, dwie paczki chipsów, butelkę mrożonej herbaty oraz butelkę coli. Gdy wracałem zaczepił mnie ksiądz z zapytaniem, co ma zrobić z Mike’iem, którego jak się okazało, nie było na żadnej liście. Radziłem przymknąć na to oko. Nabrałem co do Mike’iego podejrzeń. Dlatego też postanowiłem towarzyszyć mojej Słodkiej Przyjaciółce podczas spaceru oraz jemu na ich wieczornym spacerze. Dyskretnie oczywiście. Na przysłowiowy wszelki wypadek. Tam, w zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, które nazywaliśmy Siedliszczem nauczono mnie tego. Mnie, Damiana Auditore. Nie jest to moje prawdziwe nazwisko. Po prostu je wylosowałem i pod takim a nie innym nazwiskiem wyruszyłem w świat, razem z Kosho-sha. Wyruszyłem, aby ratować ludzi przed rasą wampirów. Mimo, że sam byłem półwampirem. 



*                             *                             *



Gdy Damian wyszedł podciągnęłam się szybko na rękach i sięgnęłam po koc rzucony byle jak w rogu namiotu. Zwinęłam go w rulon i położyłam delikatnie pod zabandażowaną łydkę. W świetle lampki z telefonu obejrzałam opatrunek.
-Czyli nie kłamał mówiąc, że się na tym zna. – pomyślałam. Podczas, opatrywania czułam delikatny choć znośny ból i przygryzałam język by za wszelką cenę nie okazać strachu i słabości. Jakiś głosik w mojej głowie szeptał mi, iż przy Damianie nie powinnam histeryzować tak jak zdarzało mi się to czasami. Cóż, jednak zrobić gdy człowiek panikuje przy byle małej kropelce krwi? Po chwili rozmyślań podniosłam się i nasłuchując rozglądałam po namiocie.
-Wiem, że nie mogę… Tak nie wolno… Przecież ja też nie chciałabym żeby ktoś grzebał mi po rzeczach. – mruczałam do siebie pod nosem. – Ale z drugiej strony. Siedzę w namiocie u faceta, którego poznałam zaledwie parę minut temu. To oczywiste, że będę chciała się czegoś o nim dowiedzieć. A przecież on musiał zdawać sobie z tego sprawę gdy zostawiał mnie samą w namiocie. – przesunęłam dłonią po podłożu namiotu i moje palce natrafiły na coś miękkiego. Złapałam i odruchowo uniosłam do nosa – nawyk z dzieciństwa. Jak się okazało była to bluzka mojego wybawiciela. Pachniała niesamowicie, coś jak mieszanina piżma, cedru, cynamonu i świeżej kawy. Wciągnęłam mocno powietrze i westchnęłam. Zapach delikatnie mnie oszołomił, a na policzki wróciły zdrowe i mocne rumieńce. Teraz już wiedziałam dlaczego tak przyjemnie zrobiło mi się gdy Damian niósł mnie z lasu. Podziałał tak zapach, i dodatkowy ruch jego mięśni pod skórą. Tuliłam głowę do bluzki, a  w mojej Glowie odtwarzał się film przypominający mi każdą chwilę z ostatnich wydarzeń. Gdy oparłam czoło o jego pierś wzdrygnął się delikatnie jednak cały czas szedł skupiony na tym by nie zadać mi żadnego bólu. Zwinęłam się w kłębek koło koca nadal trzymając w zaciśniętej pięści skrawek materiału. Nie mogłam uwierzyć we wszystko co się do tej pory stało. Brunet był jak postać z bajki. Realistyczny jednak momentami zmyślony, jakby nie pasował do rzeczywistości. Ciekawiło mnie w nim wszystko. Od charakteru, aż po ciało. Najbardziej zajmowała jednak moją głowę myśl czy chłopak ma dziewczynę? Żadne z naszych zachowań nie było jakieś obiecujące więc to oczywiście, że na razie jesteśmy przyjaciółmi. Ale czy w razie zawodu mój organizm da rade przełknąć porażkę?
-Zobaczymy. – westchnęłam cicho i przymknęłam oczy. Każdy mój mięsień błagał o choć chwilkę odpoczynku. A ciało uśpione nieziemskim zapachem i wygodą, które dawały poupychane wkoło mnie torby powoli poddawało się mocy Morfeusza. Chwilę jeszcze przed zaśnięciem uszy zarejestrowały odgłos odpinanego zamka w namiocie. Teraz jednak nie przejęłam się tym tylko mocno przysunęłam do siebie koszulkę i odpłynęłam śniąc o pięknych szaro-błękitnych oczach nieznajomego.

niedziela, 17 lutego 2013

3. Spacer


Szliśmy nad rzeką początkowo nie odzywając się. Przyglądałam mu się z wypiekami na twarzy starając się zapamiętać każdy szczegół jego ciała. Początkowo byłam nawet pewna, iż nieznajomy jest tylko wytworem mojej wyobraźni, zmieniło się to jednak gdy jego dłoń co chwile ocierała się o moją. Była tak samo chłodna jak moja lecz każdy jej dotyk przyprawiał moje ciało o napad ciepła promieniujący z kończyny.
-Niesamowite. – szepnęłam do siebie.
-Słucham? – miał tak niesamowicie męski głos ze po moim ciele przeszedł mocny dreszcz. – Zimno ci?
-Nie przejmuj się. To tak z zamyślenia.
-Może wrócimy? - Kiedy jego wzrok wwiercał się w moje oczy, poczułam jak policzki zaczęły mnie piec niemiłosiernie.
-Nienawidzę swoich rumieńców.  – pomyślałam. I spuściłam wzrok na swoje bose nogi. Glany niosłam w dłoni zaczepione o palec za splecione sznurówki. Obserwowałam otoczenie przeczesując nerwowo włosy. O czym mogę rozmawiać z kimś tak niesamowitym? Przecież moje zwykle tematy go zanudzą. Nie będę też streszczać całego życia bo i ochoty na to nie mam.
-Może przejdziemy się tam dalej? Na tę kamienistą część plaży. Nie masz nic przeciwko?- odezwał się cicho Damian.
-Oczywiście, że nie. – uśmiechnęłam się nieśmiało w jego stronę. – Dobrze znasz te tereny. Ja zgubiłabym się po paru chwilach i siedziałabym potem na tyłku czekając na wybawienie.
-Jeśli bym tu był to nie musiałabyś długo czekać. – wypowiedział te parę słów z delikatną ironią, jednak nie powiedziałabym, że się przechwala czy próbuje jakoś mi zaimponować. Uniosłam oczy i przez chwile wpatrywałam się w jego profil. Miał niesamowicie szare oczy. Zamyślone lecz jakby cały czas czujne. Wpatrywał się w otoczenie z takim skupieniem jakby analizował każdy nawet najmniejszy kawałek obrazu. Zaciekawiło mnie to, lecz i troszkę zdziwiło. Czego w końcu obawiać się można na plaży na mazurach?
-Zazwyczaj gdy zamierzam się zgubić nikogo o tym nie informuje.- szepnęłam.
-Zazwyczaj nie potrzebuje informacji o tym, że ktoś się zgubił…
-Skręcamy? Tu za drzewami powinna być ścieżka. – przerwałam mu i uniosłam dłoń wskazując w bliżej nieokreślonym kierunku.
-To troszkę dalej. – zaśmiał się. – Mogę spytać jak tu na ciebie wołają? Poza imieniem oczywiście. Chyba, że używasz tylko tego pięknego imienia.
-Nie. Akurat trafiłeś. Dużo ludzi mówi na mnie wampir. I właściwie pasuje do mnie to określenie. – mój towarzysz zesztywniał i rzucił na mnie parę ukradkowych spojrzeń. – Coś nie tak?
-Mogę poznać powód? Wiesz, dlaczego tak cię nazywają.
-Anemia. Rok temu dopiero skończyłam z dietą jednak blada skóra została. No i Pani dentystka naśmiewa się, że wypadałoby spiłować moje „wampirze” kły. – zaśmiałam się cicho, a Damian rozluźnił się i zaśmiał razem ze mną.
-No i jest ta upragniona ścieżka. Może założysz buty?
-Nie dzięki. Jeszcze nie doszłam do wprawy z wiązaniem. – zmieniłam szybko rękę, na której zaczepione były buty i skierowałam się na ścieżkę. – Nie lubię tego lasu, a ty?
-Nie ma w nim prawie nic, czego wypadałoby się bać. Wiesz, w gruncie rzeczy las jest pełen ciekawych rzeczy i tajemnic.
-Ale jednak powiedziałeś, że prawie!- wybuchnęłam wesołym śmiechem. Śmiejąc się odchylałam lekko głowę do tylu.
-Słodko się śmiejesz. – szepnął Damian tak cicho, że skłonna byłabym uznać to za szum wiatru.- Czemu przyjechałaś na ten obóz?
-Rodzice stwierdzili, że za dużo czasu spędzam siedząc w pokoju i słuchając tej swojej piekielnej muzyki. Więc wybór padł na obóz. Wakacyjny, żebym nabrała kolorów. A ja i tak już wystarczająco się rumienię. Mam rację, prawda?
-E tam. Wcale nie. – uśmiechnął się puszczając mnie przed sobą gdy ścieżka zwęziła się. Starałam się iść pewnie i nie patrzeć pod nogi by nie sprawiać wrażenia nieporadnej.



 *                            *                             *


                                                                            
Szli, a raczej spacerowali spokojnie. Nikt nie wiedział o tym, że ich spotkanie to nie przypadek, a przeznaczenie. Nikt też nie mógł wiedzieć, że droga którą wybrali nie była najlepsza.
-Auł  – syknęła, po czym zamruczała przekleństwo Karolina – jak zwykle musi mi się coś przytrafić.
-No no, ładny lot koleżanko – w głosie młodzieńca było słychać głęboką troskę. –Nie śmieję się, spokojnie. Chciałem Cię tylko uspokoić.
-No pięknie… O Boże…
-Cii, to tylko troszkę krwi – powiedział Damian ciepłym tonem - już się za to biorę. Niestety, nie mamy tu warunków na zajęcie się tym porządnie.
-I co teraz?
-Zdezynfekuje i owinę. No i masz darmową przejażdżkę powrotną  do obozu.
-A ksiądz? –zmartwiła się dziewczyna.
-Księdzem Sławomirem to się nie przejmuj - zapewnił - Nie musi o tym wiedzieć.
-To jak chcesz mnie połatać dobrze bez leków? – Karolina nie dawała za wygraną - Albo zszyć to jeśli będzie trzeba? To trzeba do lekarza czy coś.
-Podejrzewam, że mam więcej leków, medykamentów i środków opatrunkowych w tych moich dwóch torbach, niż ksiądz i wy razem wzięci –zapewnił – no już spokojnie. Tylko mi się nie wierć na rękach.
Damian wziął Karolinę na ręce. Zrobił to delikatnie i czule. Bardzo czule. Niósł ją ostrożnie, żeby przypadkiem nie sprawić jej niepotrzebnego bólu. I żeby ją uspokoić. Droga powrotna minęła szybko, bez żadnych zagrożeń. I tak jak myśleli, nikt nie zauważył zarówno ich spaceru, jak i powrotu. Damian, otworzył swój namiot, położył Karolinę na materacu. Założył rękawiczki.
___________________________________________________________________________________
Biorę udział w rozdaniu u Greenfrog. :) (
KLIK!)

wtorek, 5 lutego 2013

2. Łowca



Całą sytuacje obserwował z pobliskiego drzewa.
- A więc to do nich jutro mam dołączyć - powiedział do siebie szeptem, uśmiechając się - będzie ciekawie.
Damian, bo tak było młodzieńcowi na imię, rozparł się gałęzi rozpinając pas  na swojej piersi. Obserwował rozbawiony grającą gromadkę, rozmyślając, że ochrona ich może być również dobrą zabawa, a nie tylko przykrym obowiązkiem. Odpoczynek urozmaicił sobie wspomnieniami z dzieciństwa-ciężkimi treningami w tajnym „ośrodku” szkolących takich jak on, półwampirów –dzięki którym stał się tym, kim był. Żył co prawda prawie całkiem normalni- uczył się, spotykał się z przyjaciółmi. Innymi słowy robił to, co każdy licealista robił. Może nie licząc tych nocnych wypadów na wampirze Siedliszcza. 
Wstał, zrzucił z siebie czarny, długi płaszcz. W promieniach słońca zabłyszczało srebro, którym był nabity. Chwile później na gałęzi wylądowała również obcisła, czarna bluzka. Mięśnie chłopaka wyraźnie zaznaczały się pod skórą. Podskoczył i podciągnął się wyżej. I znowu. Wszedł prawie na szczyt, żeby uważniej przyjrzeć się ubranej na czarno młodej kobiecie. Nie wytłumaczalne „coś” ciągnęło jego wzrok do niej.
- Niebrzydka – pomyślał – bardzo ładna nawet.
                I wtedy obróciła się do niego. Nie mogła go zobaczyć, wiedział o tym. Przecież miedzy nimi była masa gałęzi i liści. Przyjrzał się jej jeszcze uważniej. I stwierdził, że się pomylił. Młoda kobieta nie była ładna. Była po prostu piękna.
Z rozczarowaniem patrzył, jak młody kapłan zabiera grupkę nastolatków na jakiś spacer.  Nie zależało mu na oglądaniu całej gromady. Pragnął tylko patrzeć na nią, na tą ubraną na czarno, śliczną brunetkę. W głowie utkwiły Damianowi jej oczy. Nieziemsko zielone oczy. Dla których teraz pragnął żyć. Istnieć po to, by je oglądać i widzieć w nich szczęście. Którego teraz im brakowało.
                Wyprostował się. I skoczył. Na dół, na gałąź na której wcześniej siedział.
- Jednak dołączę do nich już dziś, dla niej. – pomyślał – byle być bliżej niej i ją poznać.
Ponownie  usiadł. Z lakierowanej na czarno pochwy wyciągnął katanę. Zamigotała czystym srebrem. W ostrzu zobaczył swoją twarz. Oczy miał szaro-niebieskie. Tak głębokie, że można by się w nich utopić. Były odrobine skośne, niczym u kota. Usta delikatne, niewiele ciemniejsze od skóry, która była bledsza niż ta u innych ludzi. Włosy miał długie, do łopatek. Lśniły w słońcu czernią.
                Schował piękną broń.  Jelec był w kształcie tarczki. Na niej widniał chiński szafirowy smok.  Zdjął długie buty, które mimo sznurówek były dodatkowo zapinane na 5 klamr. Srebrnych klamr. Następnie rozpiął gruby pas i ściągnął spodnie. Nie nosił skarpet. Zeskoczył z drzewa, prosto do wody. Zaklął. Woda nie była zbyt ciepła. Mimo to zanurkował. Pływał, dopóki nie usłyszał hałasu. Wracali.
                Wyskoczył z wody, wspiął się na swoją gałąź. Szybko założył czarne, skórzane spodnie i glany. Zawiązał je pośpiesznie. Zrzucił na ziemie swój plecak, namiot, śpiwór i trzy torby. Dwie mniejsze mocowane do pasa zawierały medykamenty. W trzeciej były jego rzeczy i ubrania. Zaraz za nimi poleciał płaszcz i bluzka. Na gałęzi zostały tylko dwa gładkie karwasze.  Sięgały mu za połowę przedramienia. Zeskoczył.



*                             *                             *




Wyprostowałem się i uśmiechnąłem. Grunt to dobre wrażenie zrobić, pomyślałem.
-Niech będzie pochwalony, prze księdza – uśmiechnąłem się jeszcze bardziej i wyciągnąłem dłoń z pomalowanymi na czarno paznokciami – Jestem Damian…
-Ach, to ty, miło cię widzieć chłopcze – odparł ksiądz – Widzę, że w końcu Karola będzie miała pasujące do siebie towarzystwo, hahahahah.
-No ja nie wiedzę w tym nic śmiesznego –powiedziała Karolina – Hej, miło cię poznać, Damian.
-Mi również, przejdziemy się może za chwilkę? Tylko rozłożę namiot i schowam rzeczy, co ty na to?
-Oczywiście – chyba się ucieszyła z tego, wszystko dobrze się zaczyna, a będzie jeszcze piękniej zapewne. – Nawet chętnie ci pomogę.
-Hej! Karolina, miałaś ze mną iść – zawołał jakiś blondas, już wiedziałem, że go nie lubię.
-Z tobą pójdę wieczorem, spokojnie  - uśmiechnęła się. Robiła to przepięknie. – Teraz pomogę i przejdę się z nim.
-Jesteś z nim? – zapytałem nieśmiało – jeśli tak, to nie będę wchodzić między was.
-Spokojnie, to tylko znajomy.
                Pomogła mi wybrać miejsce na namiot. Blisko swojego namiotu jak się okazało. I co dziwne, pomogła mi go rozłożyć. Wyróżniała się od innych dziewcząt, które były na obozie. Całe szczęście nie była „plastikiem”. Może to moja szansa, by znaleźć coś więcej. Przyjaźń, a może nawet miłość. Zobaczymy. Wrzuciłem do namiotu torbę z ciuchami, plecak typu kostka, płaszcz i bluzkę.  Gdy chowałem katanę zapytała mnie:
                -Piękna rzecz. Ma jakieś imię
-Owszem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
-A jakie? Zdradzisz mi je? Proszę, proszę – śmiała się radośnie  -  no powiedz, nie bądź taki.
-交渉者–pokazałem jej na klindze – Widzę w twych oczach pytanie, zadaj je, śmiało.
-A co to znaczy? – zapytała wyraźnie zaciekawiona – Jak się nazywa po polsku?
-Negocjator. Wymawia się to „kosho-sza
-Ładnie, kosho-sza, bardzo ładnie, pasuje mu, skąd go masz? Po co ci on? – gadała i gadała, ale mi to nie przeszkadzało, głos miała piękny.
-Chodźmy się przejść. To opowieść na inną okazję.