-Proszę Cię, nie patrz co robię.
Skup się na czym innym – zaproponowałem, podając jej wisiorek ze srebra i dwóch
kłów wyższego wampira, o czym dowiedzieć się nie mogła oczywiście – na przykład
to. Będzie twój, jeśli będziesz grzeczna.
-Co to za zęby? –zaciekawiła się wyraźnie – Ładny jest.
-Rekina, no już cichutko. Bądź grzeczna i dzielna – uspokajałem ją jak tylko mogłem.
-Yhym – przytaknęła.
Zabrałem się do pracy.
-Co to za zęby? –zaciekawiła się wyraźnie – Ładny jest.
-Rekina, no już cichutko. Bądź grzeczna i dzielna – uspokajałem ją jak tylko mogłem.
-Yhym – przytaknęła.
Zabrałem się do pracy.
* * *
Dokładnie umyłem rozcięcie,
delikatnie usunąłem drobne kamyki i piasek. Zdezynfekowałem. Podczas tych
czynności nawet delikatnie nie zająknęła. Naprawdę była dzielna. Naprawdę
widać, że była bardzo wyjątkową dziewczyną. Początkowo byłem pewny, że nie
rozstanę się z moim amuletem. Ale jak wszystko wskazywało, będzie inaczej. No
cóż… Przynajmniej na niego zasłużyła. Obejrzałem dokładnie całą ranę. Trzeba
było założyć szwy. Trzy szwy.
-Jesteś bardzo dzielna – Zapewniłem ją, dezynfekując miejsce do wbicia igły. Nie wiedziałem dlaczego, ale gdy mówiłem do Karoli umiałem mówić tylko ciepłym tonem głosu. Za nic w świecie nie umiałem użyć tego mojego codziennego, chłodnego głosu- To teraz czekają cię dwa ukucia.
-Jesteś bardzo dzielna – Zapewniłem ją, dezynfekując miejsce do wbicia igły. Nie wiedziałem dlaczego, ale gdy mówiłem do Karoli umiałem mówić tylko ciepłym tonem głosu. Za nic w świecie nie umiałem użyć tego mojego codziennego, chłodnego głosu- To teraz czekają cię dwa ukucia.
-Dwa? – chyba w jej głosie
usłyszałem cień lęku – Co chcesz mi podać?
-Lek przeciw tężcowy. I przeciw bólowy – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Boisz się igieł?
-Nie, ale boje się… -zawahała się. – Tylko się nie śmiej, proszę cię. Boję się krwi.
-Co w tym śmiesznego? Każdy się czegoś boi – zdecydowałem się na szczerą odpowiedź. – Ja na przykład boje się bardzo ciasnych pomieszczeń.
W tym momencie igła przebiła skórę trafiając bezbłędnie w żyłę, podając środek przeciwbólowy. Nic nie zdradziło nawet odrobiny bólu. Zatem bez zbędnych komentarzy zrobiłem i drugi zastrzyk, w okolice rany. Ten był od tężca.
-No to co, łatamy? –zapytałem się wesoło, chcąc przekazać jej odrobinę dobrego humoru. – Spokojnie, wieczorem będziesz w stanie iść na spacer z Mike’iem.
-Dziękuje, bardzo dziękuję. Nikt dla mnie tyle nie zrobił. A Ty zrobiłeś. Choć nie musiałeś.
-Wiesz, robię tutaj za takiego medyka. – pochwaliłem się, zakładając szwy. - Mam na to papiery. Więc po części też musiałem. Uśmiechnąłem się do niej. Najładniej jak umiałem. Następnie założyłem opatrunek osłonowy.
-Mogłabym tu u ciebie troszkę zostać? – zapytała mnie - W tamtym namiocie jest ciasno. Odpoczęłabym tu sobie.
-Oczywiście. Czuj się jak u siebie. Może ci coś przynieść? – zaproponowałem. – Coś do jedzenia, lub picia, mm?
Nie odpowiedziała. Mimo to postanowiłem skoczyć po jakąś przekąskę i coś do picia do pobliskiego sklepu. Kupiłem mleczną czekoladę, dwie paczki chipsów, butelkę mrożonej herbaty oraz butelkę coli. Gdy wracałem zaczepił mnie ksiądz z zapytaniem, co ma zrobić z Mike’iem, którego jak się okazało, nie było na żadnej liście. Radziłem przymknąć na to oko. Nabrałem co do Mike’iego podejrzeń. Dlatego też postanowiłem towarzyszyć mojej Słodkiej Przyjaciółce podczas spaceru oraz jemu na ich wieczornym spacerze. Dyskretnie oczywiście. Na przysłowiowy wszelki wypadek. Tam, w zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, które nazywaliśmy Siedliszczem nauczono mnie tego. Mnie, Damiana Auditore. Nie jest to moje prawdziwe nazwisko. Po prostu je wylosowałem i pod takim a nie innym nazwiskiem wyruszyłem w świat, razem z Kosho-sha. Wyruszyłem, aby ratować ludzi przed rasą wampirów. Mimo, że sam byłem półwampirem.
-Lek przeciw tężcowy. I przeciw bólowy – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Boisz się igieł?
-Nie, ale boje się… -zawahała się. – Tylko się nie śmiej, proszę cię. Boję się krwi.
-Co w tym śmiesznego? Każdy się czegoś boi – zdecydowałem się na szczerą odpowiedź. – Ja na przykład boje się bardzo ciasnych pomieszczeń.
W tym momencie igła przebiła skórę trafiając bezbłędnie w żyłę, podając środek przeciwbólowy. Nic nie zdradziło nawet odrobiny bólu. Zatem bez zbędnych komentarzy zrobiłem i drugi zastrzyk, w okolice rany. Ten był od tężca.
-No to co, łatamy? –zapytałem się wesoło, chcąc przekazać jej odrobinę dobrego humoru. – Spokojnie, wieczorem będziesz w stanie iść na spacer z Mike’iem.
-Dziękuje, bardzo dziękuję. Nikt dla mnie tyle nie zrobił. A Ty zrobiłeś. Choć nie musiałeś.
-Wiesz, robię tutaj za takiego medyka. – pochwaliłem się, zakładając szwy. - Mam na to papiery. Więc po części też musiałem. Uśmiechnąłem się do niej. Najładniej jak umiałem. Następnie założyłem opatrunek osłonowy.
-Mogłabym tu u ciebie troszkę zostać? – zapytała mnie - W tamtym namiocie jest ciasno. Odpoczęłabym tu sobie.
-Oczywiście. Czuj się jak u siebie. Może ci coś przynieść? – zaproponowałem. – Coś do jedzenia, lub picia, mm?
Nie odpowiedziała. Mimo to postanowiłem skoczyć po jakąś przekąskę i coś do picia do pobliskiego sklepu. Kupiłem mleczną czekoladę, dwie paczki chipsów, butelkę mrożonej herbaty oraz butelkę coli. Gdy wracałem zaczepił mnie ksiądz z zapytaniem, co ma zrobić z Mike’iem, którego jak się okazało, nie było na żadnej liście. Radziłem przymknąć na to oko. Nabrałem co do Mike’iego podejrzeń. Dlatego też postanowiłem towarzyszyć mojej Słodkiej Przyjaciółce podczas spaceru oraz jemu na ich wieczornym spacerze. Dyskretnie oczywiście. Na przysłowiowy wszelki wypadek. Tam, w zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, które nazywaliśmy Siedliszczem nauczono mnie tego. Mnie, Damiana Auditore. Nie jest to moje prawdziwe nazwisko. Po prostu je wylosowałem i pod takim a nie innym nazwiskiem wyruszyłem w świat, razem z Kosho-sha. Wyruszyłem, aby ratować ludzi przed rasą wampirów. Mimo, że sam byłem półwampirem.
* * *
-Czyli nie kłamał mówiąc, że się na tym zna. – pomyślałam. Podczas, opatrywania czułam delikatny choć znośny ból i przygryzałam język by za wszelką cenę nie okazać strachu i słabości. Jakiś głosik w mojej głowie szeptał mi, iż przy Damianie nie powinnam histeryzować tak jak zdarzało mi się to czasami. Cóż, jednak zrobić gdy człowiek panikuje przy byle małej kropelce krwi? Po chwili rozmyślań podniosłam się i nasłuchując rozglądałam po namiocie.
-Wiem, że nie mogę… Tak nie wolno… Przecież ja też nie chciałabym żeby ktoś grzebał mi po rzeczach. – mruczałam do siebie pod nosem. – Ale z drugiej strony. Siedzę w namiocie u faceta, którego poznałam zaledwie parę minut temu. To oczywiste, że będę chciała się czegoś o nim dowiedzieć. A przecież on musiał zdawać sobie z tego sprawę gdy zostawiał mnie samą w namiocie. – przesunęłam dłonią po podłożu namiotu i moje palce natrafiły na coś miękkiego. Złapałam i odruchowo uniosłam do nosa – nawyk z dzieciństwa. Jak się okazało była to bluzka mojego wybawiciela. Pachniała niesamowicie, coś jak mieszanina piżma, cedru, cynamonu i świeżej kawy. Wciągnęłam mocno powietrze i westchnęłam. Zapach delikatnie mnie oszołomił, a na policzki wróciły zdrowe i mocne rumieńce. Teraz już wiedziałam dlaczego tak przyjemnie zrobiło mi się gdy Damian niósł mnie z lasu. Podziałał tak zapach, i dodatkowy ruch jego mięśni pod skórą. Tuliłam głowę do bluzki, a w mojej Glowie odtwarzał się film przypominający mi każdą chwilę z ostatnich wydarzeń. Gdy oparłam czoło o jego pierś wzdrygnął się delikatnie jednak cały czas szedł skupiony na tym by nie zadać mi żadnego bólu. Zwinęłam się w kłębek koło koca nadal trzymając w zaciśniętej pięści skrawek materiału. Nie mogłam uwierzyć we wszystko co się do tej pory stało. Brunet był jak postać z bajki. Realistyczny jednak momentami zmyślony, jakby nie pasował do rzeczywistości. Ciekawiło mnie w nim wszystko. Od charakteru, aż po ciało. Najbardziej zajmowała jednak moją głowę myśl czy chłopak ma dziewczynę? Żadne z naszych zachowań nie było jakieś obiecujące więc to oczywiście, że na razie jesteśmy przyjaciółmi. Ale czy w razie zawodu mój organizm da rade przełknąć porażkę?
-Zobaczymy. – westchnęłam cicho i przymknęłam oczy. Każdy mój mięsień błagał o choć chwilkę odpoczynku. A ciało uśpione nieziemskim zapachem i wygodą, które dawały poupychane wkoło mnie torby powoli poddawało się mocy Morfeusza. Chwilę jeszcze przed zaśnięciem uszy zarejestrowały odgłos odpinanego zamka w namiocie. Teraz jednak nie przejęłam się tym tylko mocno przysunęłam do siebie koszulkę i odpłynęłam śniąc o pięknych szaro-błękitnych oczach nieznajomego.