niedziela, 17 lutego 2013

3. Spacer


Szliśmy nad rzeką początkowo nie odzywając się. Przyglądałam mu się z wypiekami na twarzy starając się zapamiętać każdy szczegół jego ciała. Początkowo byłam nawet pewna, iż nieznajomy jest tylko wytworem mojej wyobraźni, zmieniło się to jednak gdy jego dłoń co chwile ocierała się o moją. Była tak samo chłodna jak moja lecz każdy jej dotyk przyprawiał moje ciało o napad ciepła promieniujący z kończyny.
-Niesamowite. – szepnęłam do siebie.
-Słucham? – miał tak niesamowicie męski głos ze po moim ciele przeszedł mocny dreszcz. – Zimno ci?
-Nie przejmuj się. To tak z zamyślenia.
-Może wrócimy? - Kiedy jego wzrok wwiercał się w moje oczy, poczułam jak policzki zaczęły mnie piec niemiłosiernie.
-Nienawidzę swoich rumieńców.  – pomyślałam. I spuściłam wzrok na swoje bose nogi. Glany niosłam w dłoni zaczepione o palec za splecione sznurówki. Obserwowałam otoczenie przeczesując nerwowo włosy. O czym mogę rozmawiać z kimś tak niesamowitym? Przecież moje zwykle tematy go zanudzą. Nie będę też streszczać całego życia bo i ochoty na to nie mam.
-Może przejdziemy się tam dalej? Na tę kamienistą część plaży. Nie masz nic przeciwko?- odezwał się cicho Damian.
-Oczywiście, że nie. – uśmiechnęłam się nieśmiało w jego stronę. – Dobrze znasz te tereny. Ja zgubiłabym się po paru chwilach i siedziałabym potem na tyłku czekając na wybawienie.
-Jeśli bym tu był to nie musiałabyś długo czekać. – wypowiedział te parę słów z delikatną ironią, jednak nie powiedziałabym, że się przechwala czy próbuje jakoś mi zaimponować. Uniosłam oczy i przez chwile wpatrywałam się w jego profil. Miał niesamowicie szare oczy. Zamyślone lecz jakby cały czas czujne. Wpatrywał się w otoczenie z takim skupieniem jakby analizował każdy nawet najmniejszy kawałek obrazu. Zaciekawiło mnie to, lecz i troszkę zdziwiło. Czego w końcu obawiać się można na plaży na mazurach?
-Zazwyczaj gdy zamierzam się zgubić nikogo o tym nie informuje.- szepnęłam.
-Zazwyczaj nie potrzebuje informacji o tym, że ktoś się zgubił…
-Skręcamy? Tu za drzewami powinna być ścieżka. – przerwałam mu i uniosłam dłoń wskazując w bliżej nieokreślonym kierunku.
-To troszkę dalej. – zaśmiał się. – Mogę spytać jak tu na ciebie wołają? Poza imieniem oczywiście. Chyba, że używasz tylko tego pięknego imienia.
-Nie. Akurat trafiłeś. Dużo ludzi mówi na mnie wampir. I właściwie pasuje do mnie to określenie. – mój towarzysz zesztywniał i rzucił na mnie parę ukradkowych spojrzeń. – Coś nie tak?
-Mogę poznać powód? Wiesz, dlaczego tak cię nazywają.
-Anemia. Rok temu dopiero skończyłam z dietą jednak blada skóra została. No i Pani dentystka naśmiewa się, że wypadałoby spiłować moje „wampirze” kły. – zaśmiałam się cicho, a Damian rozluźnił się i zaśmiał razem ze mną.
-No i jest ta upragniona ścieżka. Może założysz buty?
-Nie dzięki. Jeszcze nie doszłam do wprawy z wiązaniem. – zmieniłam szybko rękę, na której zaczepione były buty i skierowałam się na ścieżkę. – Nie lubię tego lasu, a ty?
-Nie ma w nim prawie nic, czego wypadałoby się bać. Wiesz, w gruncie rzeczy las jest pełen ciekawych rzeczy i tajemnic.
-Ale jednak powiedziałeś, że prawie!- wybuchnęłam wesołym śmiechem. Śmiejąc się odchylałam lekko głowę do tylu.
-Słodko się śmiejesz. – szepnął Damian tak cicho, że skłonna byłabym uznać to za szum wiatru.- Czemu przyjechałaś na ten obóz?
-Rodzice stwierdzili, że za dużo czasu spędzam siedząc w pokoju i słuchając tej swojej piekielnej muzyki. Więc wybór padł na obóz. Wakacyjny, żebym nabrała kolorów. A ja i tak już wystarczająco się rumienię. Mam rację, prawda?
-E tam. Wcale nie. – uśmiechnął się puszczając mnie przed sobą gdy ścieżka zwęziła się. Starałam się iść pewnie i nie patrzeć pod nogi by nie sprawiać wrażenia nieporadnej.



 *                            *                             *


                                                                            
Szli, a raczej spacerowali spokojnie. Nikt nie wiedział o tym, że ich spotkanie to nie przypadek, a przeznaczenie. Nikt też nie mógł wiedzieć, że droga którą wybrali nie była najlepsza.
-Auł  – syknęła, po czym zamruczała przekleństwo Karolina – jak zwykle musi mi się coś przytrafić.
-No no, ładny lot koleżanko – w głosie młodzieńca było słychać głęboką troskę. –Nie śmieję się, spokojnie. Chciałem Cię tylko uspokoić.
-No pięknie… O Boże…
-Cii, to tylko troszkę krwi – powiedział Damian ciepłym tonem - już się za to biorę. Niestety, nie mamy tu warunków na zajęcie się tym porządnie.
-I co teraz?
-Zdezynfekuje i owinę. No i masz darmową przejażdżkę powrotną  do obozu.
-A ksiądz? –zmartwiła się dziewczyna.
-Księdzem Sławomirem to się nie przejmuj - zapewnił - Nie musi o tym wiedzieć.
-To jak chcesz mnie połatać dobrze bez leków? – Karolina nie dawała za wygraną - Albo zszyć to jeśli będzie trzeba? To trzeba do lekarza czy coś.
-Podejrzewam, że mam więcej leków, medykamentów i środków opatrunkowych w tych moich dwóch torbach, niż ksiądz i wy razem wzięci –zapewnił – no już spokojnie. Tylko mi się nie wierć na rękach.
Damian wziął Karolinę na ręce. Zrobił to delikatnie i czule. Bardzo czule. Niósł ją ostrożnie, żeby przypadkiem nie sprawić jej niepotrzebnego bólu. I żeby ją uspokoić. Droga powrotna minęła szybko, bez żadnych zagrożeń. I tak jak myśleli, nikt nie zauważył zarówno ich spaceru, jak i powrotu. Damian, otworzył swój namiot, położył Karolinę na materacu. Założył rękawiczki.
___________________________________________________________________________________
Biorę udział w rozdaniu u Greenfrog. :) (
KLIK!)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz