wtorek, 5 marca 2013

5. Niespodziewana wizyta.


Osobą otwierającą namiot wcale nie był jego właściciel. Był to Dominik. Wszedł powoli i ostrożnie. Rozglądał się uważnie. Starał się zarejestrować i wyłapać jak najwięcej szczegółów. Bał się. I to bardzo. W końcu on, wampir, wkraczał do miejsca noclegu swojego śmiertelnego wroga. To było całkiem zwyczajnie. Łowca Wampirów potrafił posiadać takie przedmioty, które mogły go zabić, a w najlepszym wypadku obezwładnić. Sprawdził dokładnie teren. 3 razy. Wszedł do namiotu. Przez moskitierę, zauważył śpiącą postać. Początkowo myślał, że śpiącą osobą był Zewuriel. Pod tym imieniem znany był Damian wśród wampirów i ich łowców.
-Jakie to będzie proste – pomyślał. Jednak pomylił się. To nie był Łowca. Przyjrzał się uważniej. To była dziewczyna.  – Do diabła, co u niego robi Karolina?
Chciał się z niej napić. Ale przecież ona „należała” do Mika. Dominik postanowił rozejrzeć również po komorze do spania. Złapał za suwak i… Zawył. Nieludzko. Bo suwak był ze srebra. Czystego srebra. A metal, było wyjątkowo szkodliwy dla nich, dla wampirów. Oparzył go. Rana bolała. A co gorsza, zostawiła po sobie ślad. Dominik szybko wycofał się z namiotu, zasuwając go dokładnie. Musiał to jakoś opatrzyć, w sposób znany tylko jego pobratymcom. Musiał się w końcu ukrywać przed wzrokiem Łowców. Dla jego własnego bezpieczeństwa. I bezpieczeństwa jego rasy. Gdy wchodził do swojego namiotu, zauważył powracającego Damiana.
Młodzieniec o nazwisku Auditore porozmawiał chwilę z ich opiekunem, po czym udał się do swojego namiotu, aby poprzyglądać się swojej Słodkiej Przyjaciółce, jak zwykł już ją sobie w myślach nazywać. Wkroczył do namiotu…
                                                              *                             *                             *

… I usiadłem na ziemi, w przedsionku. Podoba mi się w niej wszystko. Włosy, tak miękkie, te oczy takie  urocze, ta skóra taka blada i delikatna oraz te rumieńce, które podkreślały jej urodę. Uwielbiam jej sylwetkę, tą smukła talie, te kobiece uda i… Te jej piersi, nie za duże i nie za małe. Wszystko w niej jest dla mnie idealne. Zasunąłem ostrożnie namiot, aby jej przypadkiem nie obudzić. Gdy chciałem otworzyć komorę do spania spostrzegłem odrobinkę przypalonego naskórka. Wampir. Musiał tu być. Szybko podpełzłem do niej. Była cała. Nigdzie nie znalazłem żadnego ugryzienia, a na powierzchni jej umysłu nie było śladu żadnego uroku. Na szczęście. Zdjąłem buty i usiadłem do medytacji tuż obok niej. Jej mleczno-brzoskwiniowy zapach pomagał myśleć. A musiałem się dowiedzieć, kto jest wampirem. Miałem dwóch podejrzanych. Ale wątpię żeby oni obaj byli wampirami. Mike, czy Dominik. Na pewno dziś dam radę sprawdzić tylko jednego. Tylko jak? Musze chronić tych ludzi. A zwłaszcza ją. Jest dla mnie droga, mimo że o tym nie wie. Wtedy uświadomiłem sobie, że ją kocham. I wiedziałem, że za nią jestem w stanie oddać życie. Rozmyślanie o niej zajęło mi ponad godzinę. Nie długo potem dostałem olśnienia. Już wiem, jak to zrobię. Mój płaszcz przecież jest nabity srebrem. Wystarczy poprosić wieczorem któregoś z nich żeby go złapał. A gdy będę wieczorem towarzyszyć Karolci, to może na wszelki wypadek wezmę kosho-sha. Bezpieczeństwa w końcu nigdy za wiele. Muszę być jej aniołem stróżem. A wampir nie może dożyć dnia jutrzejszego.

                                                        *                    *                             *
                Zamrugałam szybko by pozbyć się zaspania i odrętwienia. Kątem oka zauważyłam siedzącego blisko mnie Damiana. Jego oczy patrzyły na mnie czujnie, a więc wie, że już wstałam. Ziewając szeroko przeciągnęłam się mocno i odrzuciłam trzymany w dłoni kawałek materiału.
-Jezu. Usnęłam? Przepraszam. – natychmiastowo oblałam się rumieńcem.
-Nic się nie stało. Dobrze, że spałaś przynajmniej noga nie boli. – uśmiechnął się do mnie czarująco.- Dobrze spałaś? Nic cię nie obudziło?
-Spałam bardzo dobrze, ale mam nadzieje, że nie za długo.
-Spokojnie, na kolacje zdążysz no i mam nadzieje, że na spacer z Mike także. – zaśmiał się.
- Nawet za bardzo nie chce  mi się tam iść. A  już mu obiecałam. – westchnęłam przeczesując włosy dłonią.- Noga mnie jeszcze trochę boli.
-Zawsze możecie gdzieś usiąść. Daj, założę ci buty. –szepnął cicho. Siedziałam przyglądając się z jaką delikatnością mi je wiąże i nagle wypaliłam.
-Masz dziewczynę?- aby te słowa padły moje policzki nabrały barwę dwóch dojrzałych pomidorów.-Oczywiście nie chciałabym być wścibska.
-Nie mam dziewczyny. Do tej pory płeć przeciwna nie interesowała mnie zupełnie. – powiedział cicho unikając mojego wzroku. – O proszę! I już ładnie zawiązane. Może cię lepiej jeszcze tam zaniosę?
-Nie przesadzajmy. Nie ucięło mi nogi. Jest tylko zraniona. – odpowiedziałam, choć serce z całej siły podpowiadało bym zgodziła się na zaniesienie. Propozycja przytulenia się do tej piersi była bezcenna.
-Oczywiście, ale jeśli będziemy szli, a noga zaboli powiedz. Zrozumiała pani? –uśmiechnął się szczerząc białe i równe zęby.
-Tak jest kapitanie!- zasalutowałam ze śmiechem wychodząc z namiotu. – Co jeszcze szeregowy ma wykonać?
-Umyć liście drzew i zamieść plaże. Raz, dwa, ma lśnić zrozumiano? – śmiał się razem ze mną tak mocno, że obydwoje mieliśmy przymknięte oczy.
-Plaża czy liście kapitanie?
-Szeregowy, czyście oszaleli? Talerz ma lśnić, idziemy przecież na kolacje. – powoli uspokajaliśmy się idąc obok siebie ramie w ramie.
-Jeśli nie będzie lśnił zrobię dziewięćset okrążeń pola namiotowego kapitanie. – uśmiechnęłam się jeszcze w jego stronę.
-Nie trzeba, nie trzeba. Ważne, żebyś się najadła bo noga musi mieć siłę się goić. Siadasz chyba ze swoją ekipą? – spytał otwierając mi drzwi stołówki.
-Przecież możesz siąść tam ze mną.
-Wątpię bym był tam mile widziany Karolciu. –zarumieniłam się słysząc zdrobnienie z jego ust. –No cóż, miłej randki życzę i smacznego.
-To nie jest randka! – krzyknęłam za nim jednak chłopak był już za daleko by cokolwiek usłyszeć. Odwróciłam się więc i z westchnieniem podeszłam do stołu ukrytego za jednym z większych filarów stołówki. Przy stole siedzieli już Dominik, Adrian, Mike i Dominika. Dziewczyna miała dziwnie mętny wzrok jednak wtedy nie zwróciłam na to uwagi.
-Cześć ludzie. Mam nadzieje, że dziś na kolacje coś dobrego, a nie jakieś popłuczyny?
-Co tam u pana połowicznie perfekcyjnego? – spytał zgryźliwie Mike, śmiejąc się z określenia z resztą ekipy.
-Daj spokój! Dogryzasz mu tylko dlatego, że poszłam z nim na spacer? – oburzyłam się.
-W namiocie u niego sobie drzemkę też ucięłaś. Więc może to nie był tylko taki spacer? – wtrącił się Dominik.
-Ludzie. Spokój. Czy ja jestem jakąś zabawką latającą miedzy rękami przedszkolaków? Zraniłam się w nogę na spacerze to i potem usnęłam. Zresztą… Dominik, skąd o tym wiesz?
-Nie musisz wszystkiego wiedzieć laluniu. – mruknął.
-Nie podoba mi się takie określenie jasne? – warknęłam i już miałam odwrócić się by odejść gdy Mike złapał mnie mocno za nadgarstek.
-Karola. Proszę. Nie wydurniaj się. Po prostu się troszkę zdenerwowaliśmy bo facet jest nowy i od razu nam porywa taką fajną dziewczynę. – uśmiechnął się do mnie uroczo. Westchnęłam więc i usiadłam.
-Czyli po kolacji spacer? – spytałam uśmiechając się delikatnie.
-Z wielką chęcią mademoiselle. – dalsza część kolacji minęła nam na spokojnym jedzeniu przerywanym tylko wzajemnymi docinkami chłopaków. Ja i Paulina siedziałyśmy cicho obydwie pogrążone w swoich myślach.
-Dominik? –odezwałam się.
-Czego?
-Co ci się stało w palce?- wskazałam widelcem w stronę jego prawej dłoni. Kciuk oraz palec wskazujący były zabandażowane, ale spod bandaża przeciekała lekko jakaś dziwna maź.
-Poparzyłem się, ale ty nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy. –warknął.
-Jak tam chcesz. – odwróciłam się na piecie by zanieść swój talerz do kuchni. Po drodze minęłam stolik opiekunów wśród, których siedział Damian. Wymieniliśmy uśmiechy, lecz poszłam dalej. Wracając rozglądałam się dookoła w poszukiwaniu jego umięśnionej sylwetki, lecz widocznie chłopak już wyszedł. Mike także nie było już przy stoliku, skierowałam się więc do drzwi stołówki, a wychodząc ostatnim ruchem ręki poprawiłam włosy. Blondyn czekał samotnie na ławce nieopodal wejścia do lasu.
-Ciemno już. – westchnęłam.
-Boisz się? Spokojnie. Teraz nic ci nie grozi. – wyszczerzył zęby spoglądając na mnie spod opadających mu na czoło włosów.
-No cóż. To tylko głupi las.- uśmiechnęłam się i pociągnęłam chłopaka za koszulkę by wejść wreszcie do lasu. Chciałam najszybciej jak tylko będzie się dało zakończyć to spotkanie. O ile lepiej czułam się w towarzystwie Damiana.
-Naprawdę nie boisz się tu tak iść?
-Nie rozumiem czemu tak ciągle mnie o to wypytujesz. Ten las nie jest przecież niebezpieczny.- odpowiedziałam lekko zdenerwowana.
-Bo wiesz… ja bym powiedział, że ze mną ten las jest niesamowicie niebezpieczny…- szepnął i przyciągnął mnie mocno do siebie łapiąc za ramie. Nie zdążyłam wyhamować rozpędu i wpadłam prosto w jego ramiona.
-Auu! Jezu, Mike?! Co ty do cholery robisz!- krzyknęłam próbując wyrwać się z mocnego uścisku.  W końcu zrezygnowana kopnęłam blondyna między nogi i szybko odwróciłam się. Tam niestety wpadłam w ramiona Dominika.
-Szybko Mike! Musimy zdążyć przed Łowcą! – szepnął Dominik i mocno łapiąc mnie w pasie przerzucił mnie sobie przez ramie i pobiegł między drzewami. Krzyczałam, i biłam w jego plecy jednak zmuszona byłam przestać gdy Mike wepchnął mi do ust jakiś kawałek materiału. Zwisałam z ramienia Dominika jak szmaciana lalka pewna, że nie wyjdę z całej tej sytuacji bez szwanku. Przymknęłam oczy i zrezygnowana poddałam się całkowicie. Po paru, może parunastu minutach obydwaj zatrzymali się a ja zostałam rzucona na podłogę jakiegoś zniszczonego domku w środku lasu. Wyrwałam sobie z ust knebel i krzyknęłam:
-Co wy do cholery ode mnie chcecie!? Zrobiłam wam coś?
-Ależ ty nic. –zaśmiał się Mike. – Tylko pachniesz tak smakowicie. No i jesteś własnością Łowcy.
-Nie jestem niczyją własnością zostaw mnie! – blondyn jednak nie zwracając na mnie uwagi związał moje dłonie za plecami i zbliżył swoja twarz do mojej.
-Łowca, dał ci swój amulet. To wystarczy. Teraz jednak żaden badziewny wisiorek ci nie pomoże. – po tych słowach zerwał z mojej szyi wisiorek, który dostałam od Damiana.
-O czym wy mówicie?- z moich oczu pociekły pojedyncze łzy. Tak bardzo się bałam.
-Nie płacz głupia! I tak zaraz cię zabijemy! A Łowca będzie tylko mógł przyjść i sobie popłakać nad twoimi zwłokami. Auditore pożałuje tego co mi zrobił. – skuliłam się trzęsąc. W co ja się wpakowałam?
-Proszę. Mike, Dominik. Wypuście mnie. Błagam. Dostaniecie co chcecie! Błagam.- łkałam patrząc im w oczy, które nagle zrobiły się przerażająco czerwone. – Kim wy jesteście? Czym wy jesteście?
-Zamknij się do cholery! – warknął mi Mike wprost do ucha. Trzęsłam się jak galareta, lecz nawet to nie spowodowało, braku czucia. Ból rozchodził się od  mojej szyi, aż do serca. Miałam siłę jeszcze tylko cichutko krzyknąć z bólu gdy moje ciało pochłonęła przerażająca ciemność.



poniedziałek, 25 lutego 2013

4. Namiot


-Proszę Cię, nie patrz co robię. Skup się na czym innym – zaproponowałem, podając jej wisiorek ze srebra i dwóch kłów wyższego wampira, o czym dowiedzieć się nie mogła oczywiście – na przykład to. Będzie twój, jeśli będziesz grzeczna.
-Co to za zęby? –zaciekawiła się wyraźnie – Ładny jest.
-Rekina, no już cichutko. Bądź grzeczna i dzielna – uspokajałem ją jak tylko mogłem.
-Yhym – przytaknęła.
Zabrałem się do pracy.



*                             *                             *



Dokładnie umyłem rozcięcie, delikatnie usunąłem drobne kamyki i piasek. Zdezynfekowałem. Podczas tych czynności nawet delikatnie nie zająknęła. Naprawdę była dzielna. Naprawdę widać, że była bardzo wyjątkową dziewczyną. Początkowo byłem pewny, że nie rozstanę się z moim amuletem. Ale jak wszystko wskazywało, będzie inaczej. No cóż… Przynajmniej na niego zasłużyła. Obejrzałem dokładnie całą ranę. Trzeba było założyć szwy. Trzy szwy.
-Jesteś bardzo dzielna – Zapewniłem ją, dezynfekując  miejsce do wbicia igły. Nie wiedziałem dlaczego, ale gdy mówiłem do Karoli umiałem mówić tylko ciepłym tonem głosu. Za nic w świecie nie umiałem użyć tego mojego codziennego, chłodnego głosu- To teraz czekają cię dwa ukucia.
-Dwa? – chyba w jej głosie usłyszałem cień lęku – Co chcesz mi podać?
-Lek przeciw tężcowy. I przeciw bólowy – odpowiedziałem zgodnie z prawdą. – Boisz się igieł?
-Nie, ale boje się… -zawahała się. – Tylko się nie śmiej, proszę cię. Boję się krwi.
-Co w tym śmiesznego? Każdy się czegoś boi – zdecydowałem się na szczerą odpowiedź. – Ja na przykład boje się bardzo ciasnych pomieszczeń.
W tym momencie igła przebiła skórę trafiając bezbłędnie w żyłę, podając środek przeciwbólowy. Nic nie zdradziło nawet odrobiny bólu. Zatem bez zbędnych komentarzy zrobiłem i drugi zastrzyk, w okolice rany. Ten był od tężca.
-No to co, łatamy? –zapytałem się wesoło, chcąc przekazać jej odrobinę dobrego humoru. – Spokojnie, wieczorem będziesz w stanie iść na spacer z Mike’iem.
-Dziękuje, bardzo dziękuję. Nikt dla mnie tyle nie zrobił. A Ty zrobiłeś. Choć nie musiałeś.
-Wiesz, robię tutaj za takiego medyka. – pochwaliłem się, zakładając szwy. - Mam na to papiery. Więc po części też musiałem. Uśmiechnąłem się do niej. Najładniej jak umiałem. Następnie założyłem opatrunek osłonowy.
-Mogłabym tu u ciebie troszkę zostać? – zapytała mnie - W tamtym namiocie jest ciasno. Odpoczęłabym tu sobie.
-Oczywiście. Czuj się jak u siebie. Może ci coś przynieść? – zaproponowałem. – Coś do jedzenia, lub picia, mm?
Nie odpowiedziała. Mimo to postanowiłem skoczyć po jakąś przekąskę i coś do picia do pobliskiego sklepu. Kupiłem mleczną czekoladę, dwie paczki chipsów, butelkę mrożonej herbaty oraz butelkę coli. Gdy wracałem zaczepił mnie ksiądz z zapytaniem, co ma zrobić z Mike’iem, którego jak się okazało, nie było na żadnej liście. Radziłem przymknąć na to oko. Nabrałem co do Mike’iego podejrzeń. Dlatego też postanowiłem towarzyszyć mojej Słodkiej Przyjaciółce podczas spaceru oraz jemu na ich wieczornym spacerze. Dyskretnie oczywiście. Na przysłowiowy wszelki wypadek. Tam, w zapomnianym przez Boga i ludzi miejscu, które nazywaliśmy Siedliszczem nauczono mnie tego. Mnie, Damiana Auditore. Nie jest to moje prawdziwe nazwisko. Po prostu je wylosowałem i pod takim a nie innym nazwiskiem wyruszyłem w świat, razem z Kosho-sha. Wyruszyłem, aby ratować ludzi przed rasą wampirów. Mimo, że sam byłem półwampirem. 



*                             *                             *



Gdy Damian wyszedł podciągnęłam się szybko na rękach i sięgnęłam po koc rzucony byle jak w rogu namiotu. Zwinęłam go w rulon i położyłam delikatnie pod zabandażowaną łydkę. W świetle lampki z telefonu obejrzałam opatrunek.
-Czyli nie kłamał mówiąc, że się na tym zna. – pomyślałam. Podczas, opatrywania czułam delikatny choć znośny ból i przygryzałam język by za wszelką cenę nie okazać strachu i słabości. Jakiś głosik w mojej głowie szeptał mi, iż przy Damianie nie powinnam histeryzować tak jak zdarzało mi się to czasami. Cóż, jednak zrobić gdy człowiek panikuje przy byle małej kropelce krwi? Po chwili rozmyślań podniosłam się i nasłuchując rozglądałam po namiocie.
-Wiem, że nie mogę… Tak nie wolno… Przecież ja też nie chciałabym żeby ktoś grzebał mi po rzeczach. – mruczałam do siebie pod nosem. – Ale z drugiej strony. Siedzę w namiocie u faceta, którego poznałam zaledwie parę minut temu. To oczywiste, że będę chciała się czegoś o nim dowiedzieć. A przecież on musiał zdawać sobie z tego sprawę gdy zostawiał mnie samą w namiocie. – przesunęłam dłonią po podłożu namiotu i moje palce natrafiły na coś miękkiego. Złapałam i odruchowo uniosłam do nosa – nawyk z dzieciństwa. Jak się okazało była to bluzka mojego wybawiciela. Pachniała niesamowicie, coś jak mieszanina piżma, cedru, cynamonu i świeżej kawy. Wciągnęłam mocno powietrze i westchnęłam. Zapach delikatnie mnie oszołomił, a na policzki wróciły zdrowe i mocne rumieńce. Teraz już wiedziałam dlaczego tak przyjemnie zrobiło mi się gdy Damian niósł mnie z lasu. Podziałał tak zapach, i dodatkowy ruch jego mięśni pod skórą. Tuliłam głowę do bluzki, a  w mojej Glowie odtwarzał się film przypominający mi każdą chwilę z ostatnich wydarzeń. Gdy oparłam czoło o jego pierś wzdrygnął się delikatnie jednak cały czas szedł skupiony na tym by nie zadać mi żadnego bólu. Zwinęłam się w kłębek koło koca nadal trzymając w zaciśniętej pięści skrawek materiału. Nie mogłam uwierzyć we wszystko co się do tej pory stało. Brunet był jak postać z bajki. Realistyczny jednak momentami zmyślony, jakby nie pasował do rzeczywistości. Ciekawiło mnie w nim wszystko. Od charakteru, aż po ciało. Najbardziej zajmowała jednak moją głowę myśl czy chłopak ma dziewczynę? Żadne z naszych zachowań nie było jakieś obiecujące więc to oczywiście, że na razie jesteśmy przyjaciółmi. Ale czy w razie zawodu mój organizm da rade przełknąć porażkę?
-Zobaczymy. – westchnęłam cicho i przymknęłam oczy. Każdy mój mięsień błagał o choć chwilkę odpoczynku. A ciało uśpione nieziemskim zapachem i wygodą, które dawały poupychane wkoło mnie torby powoli poddawało się mocy Morfeusza. Chwilę jeszcze przed zaśnięciem uszy zarejestrowały odgłos odpinanego zamka w namiocie. Teraz jednak nie przejęłam się tym tylko mocno przysunęłam do siebie koszulkę i odpłynęłam śniąc o pięknych szaro-błękitnych oczach nieznajomego.

niedziela, 17 lutego 2013

3. Spacer


Szliśmy nad rzeką początkowo nie odzywając się. Przyglądałam mu się z wypiekami na twarzy starając się zapamiętać każdy szczegół jego ciała. Początkowo byłam nawet pewna, iż nieznajomy jest tylko wytworem mojej wyobraźni, zmieniło się to jednak gdy jego dłoń co chwile ocierała się o moją. Była tak samo chłodna jak moja lecz każdy jej dotyk przyprawiał moje ciało o napad ciepła promieniujący z kończyny.
-Niesamowite. – szepnęłam do siebie.
-Słucham? – miał tak niesamowicie męski głos ze po moim ciele przeszedł mocny dreszcz. – Zimno ci?
-Nie przejmuj się. To tak z zamyślenia.
-Może wrócimy? - Kiedy jego wzrok wwiercał się w moje oczy, poczułam jak policzki zaczęły mnie piec niemiłosiernie.
-Nienawidzę swoich rumieńców.  – pomyślałam. I spuściłam wzrok na swoje bose nogi. Glany niosłam w dłoni zaczepione o palec za splecione sznurówki. Obserwowałam otoczenie przeczesując nerwowo włosy. O czym mogę rozmawiać z kimś tak niesamowitym? Przecież moje zwykle tematy go zanudzą. Nie będę też streszczać całego życia bo i ochoty na to nie mam.
-Może przejdziemy się tam dalej? Na tę kamienistą część plaży. Nie masz nic przeciwko?- odezwał się cicho Damian.
-Oczywiście, że nie. – uśmiechnęłam się nieśmiało w jego stronę. – Dobrze znasz te tereny. Ja zgubiłabym się po paru chwilach i siedziałabym potem na tyłku czekając na wybawienie.
-Jeśli bym tu był to nie musiałabyś długo czekać. – wypowiedział te parę słów z delikatną ironią, jednak nie powiedziałabym, że się przechwala czy próbuje jakoś mi zaimponować. Uniosłam oczy i przez chwile wpatrywałam się w jego profil. Miał niesamowicie szare oczy. Zamyślone lecz jakby cały czas czujne. Wpatrywał się w otoczenie z takim skupieniem jakby analizował każdy nawet najmniejszy kawałek obrazu. Zaciekawiło mnie to, lecz i troszkę zdziwiło. Czego w końcu obawiać się można na plaży na mazurach?
-Zazwyczaj gdy zamierzam się zgubić nikogo o tym nie informuje.- szepnęłam.
-Zazwyczaj nie potrzebuje informacji o tym, że ktoś się zgubił…
-Skręcamy? Tu za drzewami powinna być ścieżka. – przerwałam mu i uniosłam dłoń wskazując w bliżej nieokreślonym kierunku.
-To troszkę dalej. – zaśmiał się. – Mogę spytać jak tu na ciebie wołają? Poza imieniem oczywiście. Chyba, że używasz tylko tego pięknego imienia.
-Nie. Akurat trafiłeś. Dużo ludzi mówi na mnie wampir. I właściwie pasuje do mnie to określenie. – mój towarzysz zesztywniał i rzucił na mnie parę ukradkowych spojrzeń. – Coś nie tak?
-Mogę poznać powód? Wiesz, dlaczego tak cię nazywają.
-Anemia. Rok temu dopiero skończyłam z dietą jednak blada skóra została. No i Pani dentystka naśmiewa się, że wypadałoby spiłować moje „wampirze” kły. – zaśmiałam się cicho, a Damian rozluźnił się i zaśmiał razem ze mną.
-No i jest ta upragniona ścieżka. Może założysz buty?
-Nie dzięki. Jeszcze nie doszłam do wprawy z wiązaniem. – zmieniłam szybko rękę, na której zaczepione były buty i skierowałam się na ścieżkę. – Nie lubię tego lasu, a ty?
-Nie ma w nim prawie nic, czego wypadałoby się bać. Wiesz, w gruncie rzeczy las jest pełen ciekawych rzeczy i tajemnic.
-Ale jednak powiedziałeś, że prawie!- wybuchnęłam wesołym śmiechem. Śmiejąc się odchylałam lekko głowę do tylu.
-Słodko się śmiejesz. – szepnął Damian tak cicho, że skłonna byłabym uznać to za szum wiatru.- Czemu przyjechałaś na ten obóz?
-Rodzice stwierdzili, że za dużo czasu spędzam siedząc w pokoju i słuchając tej swojej piekielnej muzyki. Więc wybór padł na obóz. Wakacyjny, żebym nabrała kolorów. A ja i tak już wystarczająco się rumienię. Mam rację, prawda?
-E tam. Wcale nie. – uśmiechnął się puszczając mnie przed sobą gdy ścieżka zwęziła się. Starałam się iść pewnie i nie patrzeć pod nogi by nie sprawiać wrażenia nieporadnej.



 *                            *                             *


                                                                            
Szli, a raczej spacerowali spokojnie. Nikt nie wiedział o tym, że ich spotkanie to nie przypadek, a przeznaczenie. Nikt też nie mógł wiedzieć, że droga którą wybrali nie była najlepsza.
-Auł  – syknęła, po czym zamruczała przekleństwo Karolina – jak zwykle musi mi się coś przytrafić.
-No no, ładny lot koleżanko – w głosie młodzieńca było słychać głęboką troskę. –Nie śmieję się, spokojnie. Chciałem Cię tylko uspokoić.
-No pięknie… O Boże…
-Cii, to tylko troszkę krwi – powiedział Damian ciepłym tonem - już się za to biorę. Niestety, nie mamy tu warunków na zajęcie się tym porządnie.
-I co teraz?
-Zdezynfekuje i owinę. No i masz darmową przejażdżkę powrotną  do obozu.
-A ksiądz? –zmartwiła się dziewczyna.
-Księdzem Sławomirem to się nie przejmuj - zapewnił - Nie musi o tym wiedzieć.
-To jak chcesz mnie połatać dobrze bez leków? – Karolina nie dawała za wygraną - Albo zszyć to jeśli będzie trzeba? To trzeba do lekarza czy coś.
-Podejrzewam, że mam więcej leków, medykamentów i środków opatrunkowych w tych moich dwóch torbach, niż ksiądz i wy razem wzięci –zapewnił – no już spokojnie. Tylko mi się nie wierć na rękach.
Damian wziął Karolinę na ręce. Zrobił to delikatnie i czule. Bardzo czule. Niósł ją ostrożnie, żeby przypadkiem nie sprawić jej niepotrzebnego bólu. I żeby ją uspokoić. Droga powrotna minęła szybko, bez żadnych zagrożeń. I tak jak myśleli, nikt nie zauważył zarówno ich spaceru, jak i powrotu. Damian, otworzył swój namiot, położył Karolinę na materacu. Założył rękawiczki.
___________________________________________________________________________________
Biorę udział w rozdaniu u Greenfrog. :) (
KLIK!)

wtorek, 5 lutego 2013

2. Łowca



Całą sytuacje obserwował z pobliskiego drzewa.
- A więc to do nich jutro mam dołączyć - powiedział do siebie szeptem, uśmiechając się - będzie ciekawie.
Damian, bo tak było młodzieńcowi na imię, rozparł się gałęzi rozpinając pas  na swojej piersi. Obserwował rozbawiony grającą gromadkę, rozmyślając, że ochrona ich może być również dobrą zabawa, a nie tylko przykrym obowiązkiem. Odpoczynek urozmaicił sobie wspomnieniami z dzieciństwa-ciężkimi treningami w tajnym „ośrodku” szkolących takich jak on, półwampirów –dzięki którym stał się tym, kim był. Żył co prawda prawie całkiem normalni- uczył się, spotykał się z przyjaciółmi. Innymi słowy robił to, co każdy licealista robił. Może nie licząc tych nocnych wypadów na wampirze Siedliszcza. 
Wstał, zrzucił z siebie czarny, długi płaszcz. W promieniach słońca zabłyszczało srebro, którym był nabity. Chwile później na gałęzi wylądowała również obcisła, czarna bluzka. Mięśnie chłopaka wyraźnie zaznaczały się pod skórą. Podskoczył i podciągnął się wyżej. I znowu. Wszedł prawie na szczyt, żeby uważniej przyjrzeć się ubranej na czarno młodej kobiecie. Nie wytłumaczalne „coś” ciągnęło jego wzrok do niej.
- Niebrzydka – pomyślał – bardzo ładna nawet.
                I wtedy obróciła się do niego. Nie mogła go zobaczyć, wiedział o tym. Przecież miedzy nimi była masa gałęzi i liści. Przyjrzał się jej jeszcze uważniej. I stwierdził, że się pomylił. Młoda kobieta nie była ładna. Była po prostu piękna.
Z rozczarowaniem patrzył, jak młody kapłan zabiera grupkę nastolatków na jakiś spacer.  Nie zależało mu na oglądaniu całej gromady. Pragnął tylko patrzeć na nią, na tą ubraną na czarno, śliczną brunetkę. W głowie utkwiły Damianowi jej oczy. Nieziemsko zielone oczy. Dla których teraz pragnął żyć. Istnieć po to, by je oglądać i widzieć w nich szczęście. Którego teraz im brakowało.
                Wyprostował się. I skoczył. Na dół, na gałąź na której wcześniej siedział.
- Jednak dołączę do nich już dziś, dla niej. – pomyślał – byle być bliżej niej i ją poznać.
Ponownie  usiadł. Z lakierowanej na czarno pochwy wyciągnął katanę. Zamigotała czystym srebrem. W ostrzu zobaczył swoją twarz. Oczy miał szaro-niebieskie. Tak głębokie, że można by się w nich utopić. Były odrobine skośne, niczym u kota. Usta delikatne, niewiele ciemniejsze od skóry, która była bledsza niż ta u innych ludzi. Włosy miał długie, do łopatek. Lśniły w słońcu czernią.
                Schował piękną broń.  Jelec był w kształcie tarczki. Na niej widniał chiński szafirowy smok.  Zdjął długie buty, które mimo sznurówek były dodatkowo zapinane na 5 klamr. Srebrnych klamr. Następnie rozpiął gruby pas i ściągnął spodnie. Nie nosił skarpet. Zeskoczył z drzewa, prosto do wody. Zaklął. Woda nie była zbyt ciepła. Mimo to zanurkował. Pływał, dopóki nie usłyszał hałasu. Wracali.
                Wyskoczył z wody, wspiął się na swoją gałąź. Szybko założył czarne, skórzane spodnie i glany. Zawiązał je pośpiesznie. Zrzucił na ziemie swój plecak, namiot, śpiwór i trzy torby. Dwie mniejsze mocowane do pasa zawierały medykamenty. W trzeciej były jego rzeczy i ubrania. Zaraz za nimi poleciał płaszcz i bluzka. Na gałęzi zostały tylko dwa gładkie karwasze.  Sięgały mu za połowę przedramienia. Zeskoczył.



*                             *                             *




Wyprostowałem się i uśmiechnąłem. Grunt to dobre wrażenie zrobić, pomyślałem.
-Niech będzie pochwalony, prze księdza – uśmiechnąłem się jeszcze bardziej i wyciągnąłem dłoń z pomalowanymi na czarno paznokciami – Jestem Damian…
-Ach, to ty, miło cię widzieć chłopcze – odparł ksiądz – Widzę, że w końcu Karola będzie miała pasujące do siebie towarzystwo, hahahahah.
-No ja nie wiedzę w tym nic śmiesznego –powiedziała Karolina – Hej, miło cię poznać, Damian.
-Mi również, przejdziemy się może za chwilkę? Tylko rozłożę namiot i schowam rzeczy, co ty na to?
-Oczywiście – chyba się ucieszyła z tego, wszystko dobrze się zaczyna, a będzie jeszcze piękniej zapewne. – Nawet chętnie ci pomogę.
-Hej! Karolina, miałaś ze mną iść – zawołał jakiś blondas, już wiedziałem, że go nie lubię.
-Z tobą pójdę wieczorem, spokojnie  - uśmiechnęła się. Robiła to przepięknie. – Teraz pomogę i przejdę się z nim.
-Jesteś z nim? – zapytałem nieśmiało – jeśli tak, to nie będę wchodzić między was.
-Spokojnie, to tylko znajomy.
                Pomogła mi wybrać miejsce na namiot. Blisko swojego namiotu jak się okazało. I co dziwne, pomogła mi go rozłożyć. Wyróżniała się od innych dziewcząt, które były na obozie. Całe szczęście nie była „plastikiem”. Może to moja szansa, by znaleźć coś więcej. Przyjaźń, a może nawet miłość. Zobaczymy. Wrzuciłem do namiotu torbę z ciuchami, plecak typu kostka, płaszcz i bluzkę.  Gdy chowałem katanę zapytała mnie:
                -Piękna rzecz. Ma jakieś imię
-Owszem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
-A jakie? Zdradzisz mi je? Proszę, proszę – śmiała się radośnie  -  no powiedz, nie bądź taki.
-交渉者–pokazałem jej na klindze – Widzę w twych oczach pytanie, zadaj je, śmiało.
-A co to znaczy? – zapytała wyraźnie zaciekawiona – Jak się nazywa po polsku?
-Negocjator. Wymawia się to „kosho-sza
-Ładnie, kosho-sza, bardzo ładnie, pasuje mu, skąd go masz? Po co ci on? – gadała i gadała, ale mi to nie przeszkadzało, głos miała piękny.
-Chodźmy się przejść. To opowieść na inną okazję.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

1. Obóz


          Przeciągnęłam się trąc zaspane oczy, i zdałam sobie sprawę, że poduszka pode mną jest całkowicie mokra od porannej rosy, która nie wiadomo skąd znalazła się w namiocie. Zerwałam się szybko i już chciałam sięgnąć po sportowy biustonosz leżący na plecaku gdy ktoś niespodziewanie wszedł do namiotu.
-O Jezu! Przepraszam! - krzyknął długowłosy blondyn oblewając się rumieńcem, który od razu skojarzył mi się z kolorem dojrzałych już buraków. – Szukam Pauliny.
-Jakiej do licha Pauliny? – mruknęłam odwracając się i szybko zakładając na biustonosz czarny T-shirt i wciągając spodnie tego samego koloru.
-Pauliny… yyyy, Pauliny Głudkin. Powiedzieli mi, że śpi w tym namiocie.
-Być może i śpi. Nie zawracałam sobie głowy poznawaniem wszystkich czterech dziewczyn. Możesz łaskawie podać mi buty? – wskazałam dłonią na stojące w równym rządku obuwie. Było tam wszystko. Baleriny, szpilki, koturny, trampki. Kobiecy raj. Jednak to nie na te buty wskazywałam. – Te czarne. I powiedz mi wreszcie kim ty jesteś i dlaczego jestem w namiocie sama?
-Mam na imię Mike. Wybacz. Wpadam, podglądam jak się ubierasz, a potem nawet nie mowie jak się nazywam. – oblał się kolejną falą rumieńców. W gruncie rzeczy zaczęło mi się to podobać. Jeszcze nigdy żaden przedstawiciel płci przeciwnej nie reagował tak na mnie. Choć, nic dziwnego. Pieczołowicie ukrywałam swoje wdzięki każdego dnia, ubierając się w czarne luźne koszulki, i takież same spodnie. Zakrywałam talię i kobiece uda długim także czarnym płaszczem, spinając odrastające włosy spinką na czubku głowy. Nie malowałam się. Przy mojej urodzie nie było to ani konieczne ani tym bardziej nie dałoby większych efektów. Mam bladą cerę, bledszą niż świeży śnieg spod której prześwitują delikatne sine żyłki. Czerwonawe usta oraz duży lecz idealnie pasujący do mojej urody nos. Wszystko współgrało ze sobą jak należy choć wzrok przykuwały oczy. Duże, otoczone woalką z czarnych rzęs zaskakujące barwą. Piwna obwódka wkoło źrenicy momentami wydawała się znikać i wtapiać w szmaragdowo zieloną tęczówkę. Wiele kobiet zazdrościłoby mi oczu. Gdyby tylko ktoś kiedykolwiek chciałby spojrzeć w te oczy.
-Hmmm, halo?! Nie chce przerywać rozmyślań ale o które czarne buty ci chodzi? No i byłoby miło gdybyś sama nareszcie mi się przedstawiła. – policzki zapiekły mnie pod wpływem jego spojrzenia.
-Glany. Nazywam się… Gabi. – mruknęłam cicho. Nie rozumiałam dlaczego wymieniłam akurat to imię. Pierwsze zmyślone, które pojawiło się w mojej głowie.
-Jak?
-Nie lubię swojego imienia. – szepnęłam jeszcze ciszej. – Mów do mnie wampir. Chyba, że wolisz wersje powszechnie używaną. Nie obrażę się.
-Czyli?
-Ludzie mówią na mnie dziwadło.
-Nie przesadzaj. – uśmiechnął się. – Zakładaj szybko te buciory i choć na śniadanie bo zaraz nie będziesz miała co jeść.
-Dzięki. – wsadziłam buty byle jak i przytrzymałam się jego ramienia by szybko wstać. Przez cała drogę na stołówkę bacznie go obserwowałam. Czyżby tym razem miało być inaczej? Ktoś nareszcie polubi mnie taką jaka jestem? Wyjęłam z kieszeni telefon i podłączając słuchawki wsadziłam jedną w ucho.
-Co słuchasz wampir? – niesamowite. Jednak ktoś mnie polubi.
-Skillet. Pewnie nie znasz.
-Akurat tu się zaskoczę „Hero” jest fajne nie sądzisz?
-Tak. Fajne. – otworzył przede mną drzwi stołówki akurat gdy wychowawca wyczytał moje imię.
-Karolina Marzec! Pytam po raz ostatni.
-Jestem księże. Zaspałam. Przepraszam, za spóźnienie. – wsadziłam dłonie do kieszeni najgłębiej jak się dało, wzrokiem omiatając sale. Było nas tu za dużo. Widocznie nie tylko ludzie z mojego obozu stołowali się w tym schronisku. Wyłapałam paru Księzy, tak samo i zakonnic. Będzie ciekawie.
-Choć! – Mike pociągnął mnie za ramie w kierunku grupki dość wysokich i jak przeczuwałam starszych ode mnie chłopaków.
-Nie. Daj spokój. – próbowałam się bronić. – Nie będę się wam wcinać.
-Paulina! Kurde, poszedłem po ciebie a tu patrz. Czemu nie mówiłaś, że takie ładne laski śpią u ciebie w namiocie? – blondyn już mnie nie słuchał. Stanęłam niepewnie koło ich stołu nie wiedząc co robić.
-Kiedy spała nie wyglądała na ładną.
-Mów o sobie księżniczko! – warknęłam. Odruch obronny zadziałał, a ja przerażona swoją reakcją wbiłam oczy w podłogę. Grupka jednak wybuchła wesołym śmiechem.
-Siadaj. Adrian jestem. –rękę wyciągał do mnie umięśniony brunet. Zarumieniłam się i wyciągnęłam do niego swoją. Kontrastowo bladą, z pomalowanymi na czarno paznokciami, które jeszcze bardziej pogłębiały ten efekt.
-A ja wampir. Dzięki. – po chwili zainteresowanie moją osobą osłabło i mogłam spokojnie przyglądać się im wszystkim i zastanawiać jacy są. Mike wydawał się być typem wesołka, który za wszelką cenę stara się wszystkich rozbawić i nie dopuścić do ani jednej smutnej miny. Zamierzałam popsuć mu tę zabawę. Adrian i Michał byli umięśnieni jednak tylko Adrian odzywał się i rozmawiał z resztą grupy. Dominik co chwilę zamyślał się do tego stopnia, ze dopiero walenie go po plecach przez Michała przywracało go do rzeczywistości. Zastanawiało mnie to szczególnie jednak moje myśli szybko powędrowały w stronę Pauliny. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie rozpieszczonej księżniczki, lecz po głębszym poznaniu była równie cięta na krytykę jak ja. Zaczynało mi się tu podobać jednak żadna z tych osób nie zaimponowała mi bardziej niż byłoby to konieczne. Śniadanie szybko dobiegło końca więc pobiegłam do namiotu zamierzając tym razem nie spóźnić się na spacer po okolicy. Wzięłam jedynie bluzę i czarny skórzany portfel. Nic więcej nigdy mi się nie przydawało. Parę dziewczyn popatrzyło ze zdziwieniem w moja stronę. One pakowały do swoich torebek bez dna wszystko co byłoby możliwe. Podpaski, wodę, batony, książki, telefony, portfele, chyba nigdy nie zrozumiem po co im te wszystkie akcesoria podczas zaledwie dwugodzinnego marszu. Przy wlokłam się na miejsce jako jedna z pierwszych, usiadłam więc na brzegu obserwując uważnie grupkę chłopców grających na piachu w karty. Jeden z nich przegrywając co chwile wybuchał donośnym i radosnym śmiechem. W końcu przyłapałam się na tym, że i ja uśmiecham się pod nosem. Wspominałam czasy, kiedy i ja byłabym w stanie siedzieć tak na piachu i grać w pokera udając, że nic nie stanie się nawet gdy przegram wszystko. W końcu to tylko głupia gra. Kto by się przejmował. Jednak, jedno pobicie w życiu człowieka potrafi zmienić wiele. Jeśli nie wszystko. Wzdrygnęłam się.
-Nie, nie możesz o tym myśleć. Nie teraz! To nie jest Lublin! Nie jest twoja szkoła! Ani ci sami ludzie! Nie zmarnuj kolejnej szansy idiotko! – warknęłam do siebie lekko trzepiąc się w głowę. Kątem oka przyuważyłam zbliżanie się Mike, Adriana i Dominika. Wstałam otrzepując delikatnie spodnie.
-Cześć.
-Szybka jesteś. Dziewczyny nadal się stroją. – zaśmiali się zgodnie. Zignorowałam jednak ten komentarz.
-Nie wiecie czy jest tu może boisko do siatkówki? Do zbiórki jeszcze prawie godzina, a ja bym chętnie w coś zagrała.
-Hej! – to jeden z chłopaków grających w karty wołał do mnie i machał dłonią. – Boisko jest tutaj, a my mamy piłkę. Może zagracie?
-Czemu by nie? – chłopcy spojrzeli po siebie. Ja jednak spłoszyłam się zarumieniona. Za dużo ludzi. Nie dam rady wyjść.
-To ja będę sędziować. Może być? – spytałam obecnych.