poniedziałek, 28 stycznia 2013

1. Obóz


          Przeciągnęłam się trąc zaspane oczy, i zdałam sobie sprawę, że poduszka pode mną jest całkowicie mokra od porannej rosy, która nie wiadomo skąd znalazła się w namiocie. Zerwałam się szybko i już chciałam sięgnąć po sportowy biustonosz leżący na plecaku gdy ktoś niespodziewanie wszedł do namiotu.
-O Jezu! Przepraszam! - krzyknął długowłosy blondyn oblewając się rumieńcem, który od razu skojarzył mi się z kolorem dojrzałych już buraków. – Szukam Pauliny.
-Jakiej do licha Pauliny? – mruknęłam odwracając się i szybko zakładając na biustonosz czarny T-shirt i wciągając spodnie tego samego koloru.
-Pauliny… yyyy, Pauliny Głudkin. Powiedzieli mi, że śpi w tym namiocie.
-Być może i śpi. Nie zawracałam sobie głowy poznawaniem wszystkich czterech dziewczyn. Możesz łaskawie podać mi buty? – wskazałam dłonią na stojące w równym rządku obuwie. Było tam wszystko. Baleriny, szpilki, koturny, trampki. Kobiecy raj. Jednak to nie na te buty wskazywałam. – Te czarne. I powiedz mi wreszcie kim ty jesteś i dlaczego jestem w namiocie sama?
-Mam na imię Mike. Wybacz. Wpadam, podglądam jak się ubierasz, a potem nawet nie mowie jak się nazywam. – oblał się kolejną falą rumieńców. W gruncie rzeczy zaczęło mi się to podobać. Jeszcze nigdy żaden przedstawiciel płci przeciwnej nie reagował tak na mnie. Choć, nic dziwnego. Pieczołowicie ukrywałam swoje wdzięki każdego dnia, ubierając się w czarne luźne koszulki, i takież same spodnie. Zakrywałam talię i kobiece uda długim także czarnym płaszczem, spinając odrastające włosy spinką na czubku głowy. Nie malowałam się. Przy mojej urodzie nie było to ani konieczne ani tym bardziej nie dałoby większych efektów. Mam bladą cerę, bledszą niż świeży śnieg spod której prześwitują delikatne sine żyłki. Czerwonawe usta oraz duży lecz idealnie pasujący do mojej urody nos. Wszystko współgrało ze sobą jak należy choć wzrok przykuwały oczy. Duże, otoczone woalką z czarnych rzęs zaskakujące barwą. Piwna obwódka wkoło źrenicy momentami wydawała się znikać i wtapiać w szmaragdowo zieloną tęczówkę. Wiele kobiet zazdrościłoby mi oczu. Gdyby tylko ktoś kiedykolwiek chciałby spojrzeć w te oczy.
-Hmmm, halo?! Nie chce przerywać rozmyślań ale o które czarne buty ci chodzi? No i byłoby miło gdybyś sama nareszcie mi się przedstawiła. – policzki zapiekły mnie pod wpływem jego spojrzenia.
-Glany. Nazywam się… Gabi. – mruknęłam cicho. Nie rozumiałam dlaczego wymieniłam akurat to imię. Pierwsze zmyślone, które pojawiło się w mojej głowie.
-Jak?
-Nie lubię swojego imienia. – szepnęłam jeszcze ciszej. – Mów do mnie wampir. Chyba, że wolisz wersje powszechnie używaną. Nie obrażę się.
-Czyli?
-Ludzie mówią na mnie dziwadło.
-Nie przesadzaj. – uśmiechnął się. – Zakładaj szybko te buciory i choć na śniadanie bo zaraz nie będziesz miała co jeść.
-Dzięki. – wsadziłam buty byle jak i przytrzymałam się jego ramienia by szybko wstać. Przez cała drogę na stołówkę bacznie go obserwowałam. Czyżby tym razem miało być inaczej? Ktoś nareszcie polubi mnie taką jaka jestem? Wyjęłam z kieszeni telefon i podłączając słuchawki wsadziłam jedną w ucho.
-Co słuchasz wampir? – niesamowite. Jednak ktoś mnie polubi.
-Skillet. Pewnie nie znasz.
-Akurat tu się zaskoczę „Hero” jest fajne nie sądzisz?
-Tak. Fajne. – otworzył przede mną drzwi stołówki akurat gdy wychowawca wyczytał moje imię.
-Karolina Marzec! Pytam po raz ostatni.
-Jestem księże. Zaspałam. Przepraszam, za spóźnienie. – wsadziłam dłonie do kieszeni najgłębiej jak się dało, wzrokiem omiatając sale. Było nas tu za dużo. Widocznie nie tylko ludzie z mojego obozu stołowali się w tym schronisku. Wyłapałam paru Księzy, tak samo i zakonnic. Będzie ciekawie.
-Choć! – Mike pociągnął mnie za ramie w kierunku grupki dość wysokich i jak przeczuwałam starszych ode mnie chłopaków.
-Nie. Daj spokój. – próbowałam się bronić. – Nie będę się wam wcinać.
-Paulina! Kurde, poszedłem po ciebie a tu patrz. Czemu nie mówiłaś, że takie ładne laski śpią u ciebie w namiocie? – blondyn już mnie nie słuchał. Stanęłam niepewnie koło ich stołu nie wiedząc co robić.
-Kiedy spała nie wyglądała na ładną.
-Mów o sobie księżniczko! – warknęłam. Odruch obronny zadziałał, a ja przerażona swoją reakcją wbiłam oczy w podłogę. Grupka jednak wybuchła wesołym śmiechem.
-Siadaj. Adrian jestem. –rękę wyciągał do mnie umięśniony brunet. Zarumieniłam się i wyciągnęłam do niego swoją. Kontrastowo bladą, z pomalowanymi na czarno paznokciami, które jeszcze bardziej pogłębiały ten efekt.
-A ja wampir. Dzięki. – po chwili zainteresowanie moją osobą osłabło i mogłam spokojnie przyglądać się im wszystkim i zastanawiać jacy są. Mike wydawał się być typem wesołka, który za wszelką cenę stara się wszystkich rozbawić i nie dopuścić do ani jednej smutnej miny. Zamierzałam popsuć mu tę zabawę. Adrian i Michał byli umięśnieni jednak tylko Adrian odzywał się i rozmawiał z resztą grupy. Dominik co chwilę zamyślał się do tego stopnia, ze dopiero walenie go po plecach przez Michała przywracało go do rzeczywistości. Zastanawiało mnie to szczególnie jednak moje myśli szybko powędrowały w stronę Pauliny. Na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie rozpieszczonej księżniczki, lecz po głębszym poznaniu była równie cięta na krytykę jak ja. Zaczynało mi się tu podobać jednak żadna z tych osób nie zaimponowała mi bardziej niż byłoby to konieczne. Śniadanie szybko dobiegło końca więc pobiegłam do namiotu zamierzając tym razem nie spóźnić się na spacer po okolicy. Wzięłam jedynie bluzę i czarny skórzany portfel. Nic więcej nigdy mi się nie przydawało. Parę dziewczyn popatrzyło ze zdziwieniem w moja stronę. One pakowały do swoich torebek bez dna wszystko co byłoby możliwe. Podpaski, wodę, batony, książki, telefony, portfele, chyba nigdy nie zrozumiem po co im te wszystkie akcesoria podczas zaledwie dwugodzinnego marszu. Przy wlokłam się na miejsce jako jedna z pierwszych, usiadłam więc na brzegu obserwując uważnie grupkę chłopców grających na piachu w karty. Jeden z nich przegrywając co chwile wybuchał donośnym i radosnym śmiechem. W końcu przyłapałam się na tym, że i ja uśmiecham się pod nosem. Wspominałam czasy, kiedy i ja byłabym w stanie siedzieć tak na piachu i grać w pokera udając, że nic nie stanie się nawet gdy przegram wszystko. W końcu to tylko głupia gra. Kto by się przejmował. Jednak, jedno pobicie w życiu człowieka potrafi zmienić wiele. Jeśli nie wszystko. Wzdrygnęłam się.
-Nie, nie możesz o tym myśleć. Nie teraz! To nie jest Lublin! Nie jest twoja szkoła! Ani ci sami ludzie! Nie zmarnuj kolejnej szansy idiotko! – warknęłam do siebie lekko trzepiąc się w głowę. Kątem oka przyuważyłam zbliżanie się Mike, Adriana i Dominika. Wstałam otrzepując delikatnie spodnie.
-Cześć.
-Szybka jesteś. Dziewczyny nadal się stroją. – zaśmiali się zgodnie. Zignorowałam jednak ten komentarz.
-Nie wiecie czy jest tu może boisko do siatkówki? Do zbiórki jeszcze prawie godzina, a ja bym chętnie w coś zagrała.
-Hej! – to jeden z chłopaków grających w karty wołał do mnie i machał dłonią. – Boisko jest tutaj, a my mamy piłkę. Może zagracie?
-Czemu by nie? – chłopcy spojrzeli po siebie. Ja jednak spłoszyłam się zarumieniona. Za dużo ludzi. Nie dam rady wyjść.
-To ja będę sędziować. Może być? – spytałam obecnych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz